Wielka Czwórka Thrashu jest jedną z najbardziej znanych "czwórek" w historii metalu. Jest nam szczególnie bliska z uwagi na to, że po raz pierwszy Metallica, Slayer, Megadeth i Anthrax stanęły wspólnie na scenie właśnie w Polsce w 2010 roku w ramach festiwalu Sonisphere.
Relacja uczeń–mistrz w sztuce to jeden z najstarszych modeli przekazywania wiedzy. Uczeń uczy się od mistrza, żeby w pewnym momencie sam stać się mistrzem - często w obrębie tej samej szkoły myślenia. I nie ma w tym nic złego, bo bez ciągłości nie ma rozwoju. Ale historia sztuki pokazuje, że równie ważnym mechanizmem jest sprzeciw.
30.06.2026
Krzysztof Szyc
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Dlaczego potrzebujemy sprzeciwu?
To właśnie bunt wobec zastanych reguł bardzo często pchał sztukę do przodu i przez wieki kolejne epoki były kontrą do poprzedniej. Renesans był policzkiem wymierzonym średniowiecznemu teocentryzmowi, a martyrologiczny romantyzm ścierał się z pozytywistyczną pracą u podstaw.
I tak było również w muzyce. Gdy rock progresywny odpływał w konceptualne albumy, suity i fletnie Pana, punk sprowadził go z powrotem do trzech akordów i podejścia “zrób to sam”. Introwertyczny i skupiony na emocjach grunge nie oddziaływałby tak mocno, gdyby nie zestawiano go z hair metalem lat 80. i tekstami o dawaniu czadu na scenie, dziewczynach i piciu piwa. Nowe gatunki nie zawsze rodzą się z fascynacji, a bardziej z obrzydzenia tym, co dominuje.
Dziś ten mechanizm jest trudniejszy do zobaczenia. Muzyka rozwarstwiła się do tego stopnia, że coraz trudniej wskazać jedno dominujące brzmienie epoki, które można by skutecznie zaatakować kontrkulturą. Nie ma już jednego “mainstreamu”, jest raczej rozlany ekosystem nisz, mikrotrendów i estetyk, które przenikają się nawzajem. Może dlatego zespoły takie jak Fontaines D.C. potrafią brzmieć świeżo, mimo że nie wymyślają koła na nowo, ale umieją uderzyć w znane emocje w nowy sposób.
Mechanizm sprzeciwu jednak nie zniknął – tylko się rozmył.
Przeczytaj też:
Widać to nie tylko w muzyce, ale też w sposobie, w jaki o niej mówimy. Przez lata krytyka muzyczna działała według niepisanej zasady: “wielkich się nie rusza”. Byli artyści nietykalni, otoczeni czymś w rodzaju sakralnego statusu.
I nagle pojawiły się miejsca, które zaczęły ten porządek podważać. Pitchfork stał się symbolem tego, że można powiedzieć wprost: “to nie jest arcydzieło tylko dlatego, że stoi na półce klasyków”. W Polsce podobną rolę zaczął pełnić Porcys i cała fala fanpejdży poświęconych muzyce alternatywnej, która przestała udawać, że obowiązuje jakaś dyplomacja wobec legend.
Bo im większy kult, tym większa potrzeba, żeby go zarysować. Kto o tym wie lepiej niż my Polacy? Naród, który najpierw wzniósł Jana Pawła II na piedestał, by potem odebrać mu świętość cenzopapami i uczynić 2137 najzabawniejszą liczbą w kraju.
I tak w środowisku alternatywnym krytyka Radiohead jest z reguły nie na miejscu, classic rockersi oburzą się, gdy powiesz, że Pink Floyd mogą cię nudzić albo przyznasz, że Beatlesi – mówiąc najogólniej – nie grzeją cię i wolisz odpalić sobie Imagine Dragons. Nie można polubić czegoś za zasługi, a często się tego oczekuje. Poza otoczką muzyka pozostaje muzyką i jej odbiór zawsze jest subiektywny. Może ci się coś nie podobać i to jest w porządku.
Możesz nie znosić Beatlesów, ale nie mów, że nie zmienili świata
Tylko że tu łatwo wpaść w pułapkę, bo w ostatnich latach wajcha przesunęła się w drugą stronę i modne stało się podważanie autorytetów. Problem zaczyna się wtedy, gdy z tego robi się wniosek o historii, a nie o gustach. Historia muzyki to splot ciągów przyczynowo-skutkowych i pewnych faktów nie można podważyć. Powiedzenie, że The Beatles nie mieli wpływu na rozwój muzyki, jest zwyczajną nieprawdą. Choćbyśmy bardzo nie lubili Radiohead, nie zmienimy faktu, że wywrócili alternatywę do góry nogami i stanowią punkt odniesienia dla milionów. Prawdopodobnie na samym Mokotowie znajdziemy dziesięciu lepszych technicznie perkusistów od Larsa Ulricha, ale to dzięki niemu tysiące dzieciaków chwytało za pałeczki, a wielu z nich później stawało się mistrzami tego instrumentu, jak Mike Portnoy czy Mario Duplantier.
Ja sam osobiście nigdy nie przepadałem zbytnio za Iron Maiden, ale nigdy bym nie odważył się podważyć ich wpływu na heavy metal. Tak samo nie byłem fanem glam metalu, ale nie mogę powiedzieć, że Mötley Crüe jest słabe. To, że estetyka, w której operują, mi się nie podoba, nie zmienia faktu, że w jej ramach są wybitni.
Wpływ działa na różnych poziomach: technicznym, estetycznym, produkcyjnym, a czasem czysto kulturowym. Trzeba być świadomym tego rozróżnienia w chwili, kiedy chcemy jak najrzetelniej wypowiadać się o muzyce.
Yngwie Malmsteen nie jest ikoną popkultury na miarę Madonny, ale jego wpływ jako instrumentalisty gitarowego był wielki i zmienił sposób myślenia o gitarze. Beatlesi w nowatorski sposób podchodzili do kwestii studyjnych. Iron Maiden wprowadziło kulturę merchu i jednolitość estetyczną do heavy metalu, a z kolei Rammstein swoim teatralnym podejściem wyniósł koncerty na zupełnie inny poziom.
I oczywiście – sukces nigdy nie jest czysto “sprawiedliwy”. Zawsze można powiedzieć, że gdzieś był ktoś lepszy, kto nigdy nie wyszedł z garażu. Że jakiś genialny muzyk nigdy nie dostał swojej szansy. Że gdzieś może był jakiś dzieciak, który mógł być większy od Hendrixa. Ale to jednak Jimi się “wydarzył”. Nic tego nie zmieni.
Poza rynkowym fartem: Co zostaje na koniec?
Bardzo często przez skupienie uwagi na tych głównych nazwiskach sprawia, że uciekają nam inni artyści, którzy mają coś równie ciekawego lub nawet ciekawszego do zaoferowania. Od lat tworzymy rankingi tych najbardziej niedocenianych artystów. Na osiągnięcie sukcesu często nie wystarczy talent czy ilość wykonanej pracy. Często potrzebny jest szczęśliwy splot różnych wydarzeń i odrobina farta.
Nie takie potencjały potrafiły zostać utopione dzięki decydentom z branży muzycznej. Gdyby nie to, że Rick Rubin odkrył System of a Down, prawdopodobnie moglibyśmy o nich nie usłyszeć, kiedy odbijali się od kolejnych wytwórni mówiących, że taki dziwaczny metal z ormiańskim sznytem nie ma szans się sprzedać.
W wielu historiach słyszymy, że gdyby nie jakieś czynniki zewnętrzne, to wszystko wyglądałoby inaczej. Gdyby urodzić się nie na Podkarpaciu, tylko w Kalifornii. Gdyby wytwórnia dała więcej pieniędzy na promocję, to bylibyśmy wielcy. Wszyscy kochamy historię spod znaku “co by było, gdyby”. Jak z ojcem z memów, który dziś grałby na Mundialu, gdyby nie ta nieszczęsna kontuzja w liceum. Nawet jeśli to prawda, historia muzyki nie działa na zasadzie “co by było, gdyby”, tylko na tym, co się faktycznie wydarzyło. Dostać się na szczyt to jedno, ale by zostać zapamiętanym na wieki, trzeba mieć coś ekstra.
Na końcu zostaje prosta rzecz: można nie lubić wielkich nazwisk. Ale by rozmawiać o muzyce, trzeba oddzielić własne odczucia wobec niej od realnego wpływu, jaki wywarła.
Poprzedni artykuł











