Męskie Granie Orkiestra 2026 ujawnia skład i prezentuje oficjalny hymn!
Jako obserwatorzy świata muzyki jesteśmy przyzwyczajeni do ewolucji. Artyści się zmieniają, dojrzewają, a my często patrzymy przychylnym okiem na tych, którzy nie chcą powielać jednego schematu. Czasem jednak ewolucja przeradza się w rewolucję. A te rzadko przechodzą bez echa. Taka zmiana może skończyć się różnie. Twórca może wyjść z niej zwycięsko i zmienić bieg historii, ale może też przegrać i stać się obiektem drwin. Bywa również tak, że wprawia odbiorców w konsternację i dzieli ich na dobre. W tym tekście przywołam kilka muzycznych rewolucji, które dla artystów kończyły się w różny sposób.
27.04.2026
Krzysztof Szyc
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Bruce Springsteen – “Nebraska” (1982)
Bohater niedawno nakręconego filmu biograficznego jest jednym z tych artystów, których możemy kojarzyć z terminem rocka stadionowego. Koncerty na wielkich arenach, rozbudowane show tworzone wraz z towarzyszącym E Street Band i hymnowe kompozycje, które poruszyły szerokie grono fanów. Na przełomie lat 70. i 80. Springsteen, będąc w gazie, tworzył kolejne wielkie albumy. Tymczasem jego szóste dzieło wydaje się być antytezą powyższego opisu. Zamiast rozmachu i rozbudowanych aranżacji otrzymaliśmy domowe, lo-fi’owe dzieło z gitarą akustyczną i harmonijką w roli głównej. Materiał początkowo miał być demówką, jednak artysta zdecydował się wydać go w niezmienionej formie. Początkowo płyta była dużym zaskoczeniem, jednak szybko zarówno krytycy, jak i fani docenili introspektywny charakter oraz warstwę liryczną skupioną wokół trudów realizacji amerykańskiego snu. Dwa lata później Springsteen powrócił z przytupem do znanej formuły za sprawą płyty “Born in the U.S.A.”, uznawanej za jego opus magnum.
Polecamy na eBilet.pl
Bad Religion – “Into The Unknown” (1983)
Druga płyta Bad Religion jest przykładem zmiany, która po dziś dzień postrzegana jest jako jedna z bardziej nieoczekiwanych i niezrozumianych. Zasłużeni dla sceny hardcore, protoplaści pop-punka, wyznawcy zasady “mniej znaczy więcej”, często zamykający swój przekaz w mniej niż trzyminutowych kompozycjach. Grupa za sprawą pierwszych epek i debiutanckiego “How Could Hell Be Any Worse?” była jedną z głośniejszych nazw kalifornijskiej sceny hardcore. Tymczasem już na starcie swojej drogi zdecydowała się na zwrot w stronę prog rocka. Rozbudowane utwory z wykorzystaniem syntezatorów bardziej przypominały dokonania Yes czy innych progrockowych dinozaurów, wobec których punk jako gatunek się buntował. Zaangażowana publika nie przyjęła tej zmiany zbyt dobrze. Sam zespół temat postanowił przemilczeć i jak najszybciej wrócić do swojego starego brzmienia, które później konsekwentnie rozwijał na kolejnych kilkunastu albumach. Nie uświadczycie tej płyty również na streamingach. Jeśli przyjmiemy, że w punku chodzi o robienie rzeczy na przekór, to paradoksalnie może być to najbardziej punkowy album w ich dyskografii.
Pantera – “Cowboys From Hell” (1990)
Zmiana, która narodziła zespół na nowo i pozwoliła mu wejść na właściwe tory. Wiele osób reaguje dużym zdziwieniem na informację, że była to już czwarta płyta zespołu z Teksasu. To właśnie od niej zaczęła się Pantera, jaką znamy dzisiaj. Niesamowicie ciężka, która jak walec przejeżdża po uszach słuchaczy. Wcześniej zespół próbował sił jako formacja glam metalowa. Ci, którzy znają późniejszy image zespołu, mogą być mocno zdziwieni, gdy odnajdą nagrania wideo z tamtego okresu na YouTubie. “Cowboys From Hell” to rewolucja w stronę cięższego, groove’owego stylu, który stał się później domeną metalu lat 90. A jego twarzą była właśnie Pantera. Jest to ciekawy przykład, ponieważ najczęściej zespoły metalowe skręcają ku lżejszemu graniu na późniejszych płytach. Teksańczycy zrobili odwrotnie, a zwrot w stronę ciężaru i agresywności przyniósł im długo wyczekiwany sukces.
Megadeth – “Risk” (1999)
Lata 90. były trudnym okresem dla metalowych gwiazd z lat 80. Część z nich pozostawała przy swoim brzmieniu, tracąc przy tym uwagę mediów. Inni próbowali dostosować się do nowego metalowego krajobrazu dekady. Jeszcze inni szukali swojej szansy w zwrocie ku mainstreamowi. Najbardziej jaskrawym przykładem tej ostatniej drogi jest oczywiście Metallica i ich poczynania od “Load” wzwyż. Łypiący okiem na swoją macierzystą kapelę Dave Mustaine nie pozostał wobec tego obojętny i sam spróbował zaatakować stacje radiowe. Chęć podjęcia ryzyka nie opłaciła się – nie udało się nawiązać do osiągnięć Metalliki pod kątem komercyjnym, a fani okazali się jeszcze mniej wyrozumiali. O ile “Load” z czasem zyskał większą przychylność słuchaczy, tak “Risk” nie doczekał się podobnej rehabilitacji. Wielu sympatyków Megadeth najchętniej wymazałoby go z katalogu zespołu.
Radiohead – “Kid A” (2000)
Po wydaniu “OK Computer” piątka z Oksfordu miała kilka możliwych dróg dalszego rozwoju. Mogła pozostać przy dopracowanej formule albumu, który przyniósł im sukces. Mogła też skręcić w stronę bardziej przystępnego, radiowego grania. Ostatecznie wybrali opcję trzecią – rewolucję. Mimo eksperymentalnego charakteru poprzednika, Radiohead wciąż postrzegano jako britpopowy twór mogący rywalizować z Oasis i Blur. “Kid A” zamknęło bezpowrotnie te dyskusje. Zwrot w stronę elektroniki i awangardowych rozwiązań, a także rezygnacja z singli i teledysków, były odbierane jako plan na komercyjne samobójstwo. Tymczasem zespół dał jasno do zrozumienia, że będzie kroczyć własną ścieżką. Co więcej, wielu artystów później próbowało nią podążać. Pod tym kątem ryzyko się opłaciło – “Kid A” wyznaczyło nowe standardy i do dziś jest dla wielu punktem odniesienia.
Opeth – “Damnation” (2003)
Szwedzka formacja dowodzona przez Mikaela Åkerfeldta na przełomie wieków rysowała się jako ta, która potrafi w najbardziej zgrabny sposób połączyć rock progresywny z death metalem. Piąty album “Blackwater Park”, nagrany we współpracy ze Stevenem Wilsonem, jest idealnym przykładem tego, jak progrockowe, łagodne wstawki mogą przenikać się z metalowym ciężarem. Ta łagodniejsza strona Opeth była więc fanom znana. “Damnation” jest jednak o tyle wyjątkowe, że metalu nie uświadczymy tu wcale. To melancholijne dzieło jest ukłonem w stronę progowych mistrzów lat 70. i dowodem, że zespół potrafi funkcjonować bez swojej metalowej tożsamości. Początkową konsternację fanów złagodził nagrywany równolegle “Deliverance”, będący jednym z najcięższych dokonań Szwedów. Z czasem jednak wielu sceptyków doceniło dojrzałość i spokój tej płyty. Na kolejnych albumach Opeth jeszcze wracało do cięższego grania, ale ziarno zasiane przez “Damnation” zaczęło kiełkować – i ostatecznie doprowadziło do porzucenia metalu na dłużej.
Kanye West – “Yeezus” (2013)
Każda płyta Ye niesie za sobą widmo zmian i kontrowersji, ale ta, która zaszła przy Yeezus, była jedną z najbardziej radykalnych. Poprzedni album, “My Beautiful Dark Twisted Fantasy”, był pokazem brzmieniowego bogactwa i wyniósł Kanye na szczyt jako wizjonera. Tym razem postawił na coś zupełnie odmiennego. Surowy minimalizm, ostra, momentami nieprzyjemna produkcja, inspiracje noisem i industrialem oraz bardziej konfrontacyjne teksty złożyły się na krótki, dziesięcioutworowy materiał. W momencie premiery wielu słuchaczy było skonsternowanych. W kontekście późniejszych działań artysty album może dziś wydawać się mniej wywrotowy, jednak nadal mocno dzieli odbiorców. W jednych zestawieniach znajduje się nisko, w innych trafia na sam szczyt. Dla jednych to jeden z najodważniejszych manifestów XXI wieku, dla innych – przesadzony eksperyment.
Bring Me The Horizon – “That’s The Spirit” (2015)
“To se ne vrati” – tak przy każdej kolejnej płycie Brytyjczyków mogli mówić fani tęskniący za deathcore’owym łojeniem z początków kariery. Bring Me The Horizon stopniowo odchodziło od brzmienia, którego było protoplastą. Sempiternal wydawało się idealnym kompromisem między mainstreamem a korzeniami. Jednak na “That’s The Spirit” zespół świadomie zerwał z przeszłością, przenosząc się do ligi głównego nurtu. Metalcore’owe elementy ustąpiły miejsca elektronice i popowym refrenom. Reakcje były mieszane. Krytycy docenili rozwój, a sukces komercyjny zapewnił zespołowi nową publiczność. Dla części starych fanów, którym ledwo przyszło zaakceptowanie “Sempiternal” to już było za dużo. Z perspektywy czasu widać, że był to punkt bez powrotu – kierunek obrany na tej płycie jest kontynuowany do dziś. Czy zespół tego żałuje? Raczej nie, patrząc na kolejne festiwale, na które przyjeżdżają w roli headlinera.
Arctic Monkeys – “Tranquility Base Hotel & Casino” (2018)
Ciekawostką jest to, że członkowie Bring Me The Horizon i Arctic Monkeys chodzili do tej samej szkoły, a oba zespoły osiągnęły sukces w zupełnie różnych rejonach muzyki. Po gigantycznym sukcesie “AM” zmiana wydawała się niemal nieunikniona. Fani musieli czekać 5 lat, jednak na nowym albumie nie uświadczyli następców “Do I Wanna Know” czy “RU Mine?”. Zamiast tego otrzymali oni opartą na pianinie konceptualną opowieść osadzoną w futurystycznym hotelu na Księżycu. Nie ma co ukrywać, ci którzy szukali indie-rockowych bengerów mogli się poczuć zawiedzeni, ponieważ było to dotychczas zdecydowanie najtrudniejsze w odbiorze dzieło zespołu. Jednocześnie spora grupa odbiorców doceniła odwagę i oryginalność. Arctic Monkeys udowodnili, że nie zamierzają odcinać kuponów od sukcesu, tylko szukać nowych form wyrazu.
Machine Gun Kelly – “Tickets To My Downfall” (2020)
Jeden z najbardziej jaskrawych pivotów ostatnich lat. Po latach działalności hip-hopowej Machine Gun Kelly zagrał na nucie nostalgii i przy wsparciu Travisa Barkera skręcił w stronę pop-punka. Z perspektywy czasu ten ruch nie wydaje się już tak zaskakujący. Z pewnością przyniósł mu jeszcze większą rozpoznawalność i otworzył drogę do nowej publiczności, co przełożyło się na sukces komercyjny. Wraz z nim pojawiła się jednak fala krytyki – zarówno ze strony fanów hip-hopu, jak i rocka. Jedni zarzucali mu oportunizm, drudzy podważali jego wiarygodność w nowym gatunku. Z czasem jego występy zaczęły funkcjonować w internecie jako memy. Można odnieść wrażenie, że znalazł się pomiędzy dwoma światami. Choć wciąż budzi zainteresowanie i ma swoich fanów, w żadnym z tych środowisk nie jest w pełni traktowany poważnie.
Przeczytaj też:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł













