Są takie filmy, płyty, seriale czy gry, o których dzisiaj mówi się, że są genialne lub przełomowe. Tylko że kiedy pojawiły się po raz pierwszy, niekoniecznie było to takie oczywiste. Czasem publiczność nie wiedziała, co właściwie zrobić z dziełem, które nie pasowało do znanych schematów. Czasem marketing obiecywał coś zupełnie innego. Bywało też tak, że twórca rzeczywiście zrobił coś nowego, ale odbiorcy potrzebowali kilku, kilkunastu albo nawet kilkudziesięciu lat, żeby oswoić się z tym pomysłem. A czasem sprawa jest jeszcze ciekawsza…
“Found Heaven” Conana Graya – renowacja lat 80.
Powrót do przeszłości to hasło przewodnie ostatnich paru lat: w muzyce, modzie i filmie. Trend o dziwo jeszcze nie umiera, choć fenomen ejtisów zauważalnie gaśnie. Na swoje czasy widowiskowo wypiął się Conan Gray, który “Found Heaven” nagrał po staremu. W pełnej, stabilnej obstawie fundamentów rozrywki sprzed czterdziestu lat.
11.06.2024
Maja Kozłowska
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Kiedyś to było i teraz też jest
Retromania zatacza koło, a przeważnie krąży nisko, jak sępy przyczajone do konsumpcji wzgardzonych resztek. To jednak jedyne podobieństwo: poważnie nie sądzę, by romansowanie z przeszłością było koncepcją poślednich lotów. Redystrybucja, recykling, re-cośtam. Staramy się być eko, zero-waste i może nawet wydobyć z popkultury (rozrywki) elementy edukacyjne. Można płakać, że najmłodsi przedstawiciele Gen Z nie znają Pixies czy o zgrozo, Queen i Freddiego Mercury’ego, ale można też zajawić ich nieco bardziej współcześnie. Wersem, samplem, a w końcu: inspiracją.
Był taki moment kilka lat temu, gdy wszyscy ponownie zachłysnęli się ejtisami. “Stranger Things”, Kate Bush, Fleetwood Mac, stare dzieje. Rynek to podchwycił i nagle każda piosenka zaczynała się od syntezatorowego intro. Polska przyjęła modę jak swoją i mocno przycisnęła do serca. Tamten okres to sentymentalno-eksperymentalney “Bal u Rafała” Ralpha Kaminskiego czy ekstraświeży album “8” Ofelii. Nie, żeby zapędów w stronę klimatu, który Gen Z zna tylko z filmów i aesthetic obrazków na Pintereście, nie było wcześniej. Tutaj piję do nieistniejącej już grupy Super Girl & Romantic Boys. W 2013 r. nie zrobili furory, dziś mieliby hiciora, który cały czas słychać na Schodkach.
Conan Gray. Spóźniony na własną imprezę
Skacząc po dekadach, aktualnie jesteśmy w latach 00. Styl Y2K rezonował sobie powoli w tle, dziś widać go na ulicach i subtelnie słychać w najnowszych wydawnictwach. Olivia Rodrigo w “GUTS” vibe’uje z klimatem Avrill Lavigne (która swoją drogą zaliczyła wielki powrót), a Billie Eilish z FINNEASEM nagrali album tak dobry (i naszpikowany “zerowymi” hitami), że śmiało można powiedzieć, że “HIT ME HARD AND SOFT” zjadło dwa poprzednie wydawnictwa artystki.
Polecamy na eBilet.pl
Ten rok w moim odczuciu jest w ogóle szalenie płodny i szalenie dobry pod względem muzycznym (The Last Dinner Party, J. Bernardt, St. Vincent, Chapell Roan) – ot tak, na początek) Wśród premier znalazł się też gwóźdź tego artykułu, czyli “Found Heaven”, trzeci album Conana Graya, estetycznie, koncepcyjnie i brzmieniowo zrealizowany w stylu, który ponownie zamienia się w relikt przeszłości. Pierwszy singiel “Never Ending Song” wydany rok temu już wtedy był odrobinę nieaktualny. Pospane czy przespane? Ja powiem: stylowo spóźnione.
“Found Heaven”. Conan Gray i wehikuł czasu
Kiedy marketing, sprzedaż i popularność bazują na tym, jak idą single, całościowy odsłuch lubi przynosić rozczarowanie. Szczególnie że coraz mniej piosenek wychodzi dopiero z płytą, ten stosunek jest nierówny i lubi dobiegać do absurdu. “Found Heaven” osiągnęło wynik 5:7, co uważam za efekt przyzwoity szczególnie w kontekście, że moim zdaniem album jest pozbawiony skipów.

Conan Gray trafił w pik, czerpiąc od najlepszych i nakładając na inspirację międzyepokowy filtr autentyczności. Widzę go trochę jako podróżnika w czasie, dogłębnie eksploatującego jedną erę i dokonującego syntezę jej sztuk. Tytułowy utwór wjeżdża z podniosłym chórem typu Queen, “Never Ending Song” macha do Michaela Jacksona, po drodze pojawiają się gitary niby ze złotej ery Guns N’ Roses, delikatne odbicie w kierunku boysbandowej aury Daryla Halla & Johna Oatesa czy mechaniczna surowość podpatrzona od Pet Shop Boys.
A co najlepsze: to nie są piosenki, które brzmią “tak jak”. Żadne tanie ściągnie jak na klasówce z biologii w ostatniej ławce, tylko bardzo solidne studium gatunku i samodzielne badanie, odpowiadające rozprawie doktorskiej. Wytrwała polemika, najlepsze asy z rękawa i co: “Found Heaven” jest niecodzienną kontynuacją porzuconej teorii zmierzającej w stronę pozyskania dowodu.
Nie trzeba cliffhangera. “Found Heaven” od A do Z
Większość piosenek jest o miłości (najlepsze piosenki zawsze są o miłości), ale Conan Gray zostawił na “Found Heaven” zakładkę na rozliczenie przeszłości i rozgrzeszenie. Akt odpuszczenia grzechów to pierwszy krok: początkowo nieco mroczny, przywodzący na myśl rock operę. Gotyckie klawisze na start wprowadzają funeralny nastrój do spółki z wysokimi partiami artysty, co później rozbija się o totalną popówę. Nagłe zmiany klimatu to motyw przewodni płyty, choć teoretycznie poruszamy się nieprzerwanie w jednym temacie. Rozstrzał jest szeroki: od tęsknych akordów, rozjeżdżające się syntezatory, zawodzące partie smyczkowe i podbity bas. Po drodze Conan przeżywa nieodwzajemnioną miłość, zdrady, odwraca perspektywę, a w końcu wraca: pogodzony z samym sobą i światem.

“Winner” jest modelowym zamknięciem albumu. Balladowy wstęp może wydać się nudny, lecz nic bardziej mylnego: wjeżdża tam zaraz pompa, szeleszcząca perkusja i chórki. Nie jest to mój ulubiony track, ale solidny wybór i klamra kompozycyjna, poprzedzona takimi perełkami jak “Miss You” czy “Bourgeoisieses”. Szczególnie ten drugi, mający coś wspólnego z “Tainted Love” Soft Cell nie daje się zapomnieć. Strukturalnie i tekstowo prosty jak barszcz, ale coś mi robi. Prawdopodobnie chodzi o życzeniowe myślenie i pogardę dla kapitalizmu przy jednoczesnym uwielbieniu otaczania się ładnymi rzeczami.
Liczę do trzech
Kwietniowa premiera “Found Heaven” doprowadziła mnie do kilku ciekawych wniosków. Po pierwsze: w byciu późnymi naśladowcami trendów nie ma nic złego. Po drugie: romantyzowanie epok, których nigdy(?) nie doświadczymy, mamy we krwi. Po trzecie: Conan Gray udowodnił, że powroty to to, co kochamy najbardziej. (Po czwarte: fraza powtarzana z uporem na rytmicznej stopie jest ponadczasowa)
Poprzedni artykuł
Następny artykuł












