- To jest nagroda, wielka nagroda za te kilkanaście lat ciężkiej pracy - krzyczał Krzysztof Miklas na antenie Telewizji Polskiej, gdy Tomasz Sikora przekraczał linię mety, zdobywając 20 lat temu w biegu masowym na 15 km srebrny medal Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Turynie. Nasz biathlonista po latach zdradził, że podchodząc do decydującego startu, był zmęczony i nie dawał sobie wielkich szans na końcowy sukces. Czym dziś zajmuje się nasz legendarny sportowiec? Jego główny biznes może wielu zaskoczyć.
Tak brzmiał rok 2016. Co jarało nas dekadę temu?
Początek roku w popkulturze wypełniła nostalgia za rokiem 2016. Trudno ocenić, dlaczego akurat teraz zebrało nam się na tego typu wspominki i dlaczego nie wspominaliśmy podobnie roku 2015. Z pewnością powstanie masa artykułów na ten temat, a głębszą analizę zostawię socjologom i kulturoznawcom. Najwidoczniej w tamtym okresie była jakaś magia. Nie będę kłamał, u mnie również pojawił się uśmiech na myśl o licealnych wspomnieniach. Poddałem się tej wszechobecnej gorączce i odpaliłem swoją "nostalgronkę" (polecam bardzo te odcinki “South Park”), by sprawdzić, co dzwoniło w uszach i od jakich dźwięków nie mogliśmy się opędzić w tamtym czasie.
06.02.2026
Krzysztof Szyc
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Zanim przejdziemy dalej, dwa ważne wyjaśnienia. Część z wymienionych utworów została wydana w 2015 roku, jednak okres ich największej popularności przypadł na 2016, więc ich pominięcie zniekształciłoby obraz tamtego klimatu. Poniższy wybór jest subiektywny — mimo że skupiałem się na wielkich hitach, kilku oczywistych może tu zabraknąć. Jakie brzmienia wtedy dominowały? Wciąż silny mariaż popu z elektroniką, rosnąca w siłę nowa fala hip-hopu, która nie bała się flirtować z chwytliwym popem, oraz gitary raczej w odwrocie, mimo kilku dużych premier starych wyjadaczy.
Major Lazer (feat. MØ & DJ Snake) – “Lean On”
Kiedy szukałem utworów do tego artykułu, ten kawałek był pierwszym, który przyszedł mi do głowy. Słysząc te dźwięki, od razu czuję się, jakbym przeniósł się dziesięć lat wstecz, gdy numer był dosłownie wszędzie — zarówno w radiach, jak i w klubach. Myślę, że to jeden z tych utworów, które najmocniej definiują tamten okres, gdy pop przestał być krzykliwy, a stał się bardziej płynny i bujający. Brak klasycznego refrenu, wpadająca w ucho melodia oraz afrobeatowa rytmika sprawiły, że utwór z miejsca stał się wakacyjnym przebojem i nośnikiem pozytywnej energii.
Sia (feat. Sean Paul) – “Cheap Thrills”
Kolejny utwór wpisujący się w featowy trend tamtego czasu. To również przykład na to, że nawet klubowe brzmienia mogły być prostsze i bardziej bujające. Zwłaszcza gdy zestawimy ten numer z wcześniejszym przebojem Sii nagranym z Davidem Guettą — “Titanium”, które ociekało pompą i patosem. Tutaj mamy znacznie więcej luzu i przestrzeni. Wydana chwilę później wersja z Seanem Paulem dodatkowo wzmocniła karaibski vibe drzemiący w tym utworze.
Adele – “Hello”
Adele i jej producenci znaleźli formułę na stworzenie hitu, który utkwi w głowie na długo. Takiego, który gdy już złapie, nie puszcza, choćbyś się starał. Najpierw w okolicach 2011 i 2012 roku, gdy nie dało się uciec od singli promujących album “21″. Później “Skyfall”, choć wiadomo, że utwory bondowskie rządzą się swoimi prawami. A potem ten kawałek — dosłownie wszędzie. Trzeba było chyba żyć pod kamieniem, by choć raz na niego nie trafić. Sam utwór nie do końca się wpisywał w ówczesne trendy, natomiast Adele już wtedy miała swoją ligę, w której grała sama.
Przeczytaj też:
Twenty One Pilots – “Stressed Out”
O ile w przypadku Adele teza o odejściu od pompatyczności nie do końca się sprawdza, tak przy Twenty One Pilots wydaje się wyjątkowo trafna. Mimo wielkiego refrenu, w tym utworze jest bardzo dużo luzu. Amerykanie znaleźli złoty środek między hip-hopem, rockiem, alternatywą i popem, a tekst dotyczący dorosłych stresów i tęsknoty za dzieciństwem dodatkowo podkreśla nostalgiczny charakter całości. Twenty One Pilots są świetnym przykładem nowoczesnego zespołu zarówno w kontekście estetyki, brzmienia i vibe’u jaki za sobą nieśli. Warto o tym pamiętać, że mało nowych zespołów pojawiało się wtedy w mainstreamie, z reguły byli to soliści.
Tame Impala – “Let It Happen”
Skoro o złotych środkach mowa, płyta “Currents” idealnie pasuje do tej definicji. Kevin Parker, korzystając ze sprawdzonych patentów psychodelii oraz syntowego brzmienia lat 80., stworzył dźwięk, który z jednej strony wydawał się znajomy, a z drugiej — niesamowicie świeży. To album, który wywarł ogromny wpływ na scenę muzyczną i może być rozpatrywany jako jedno z najważniejszych dzieł minionej dekady. Mimo że “The Less I Know the Better” było większym przebojem, to właśnie “Let It Happen” zapamiętałem najmocniej.
Rae Sremmurd (feat. Gucci Mane) – “Black Beatles”
Eksplozja popularności tego amerykańskiego duetu zwiastowała zmiany, które na dobre zadomowiły się na scenie rapowej. Hip-hop coraz mocniej zrywał z powagą i ciężarem narracji, przesuwając wajchę w stronę melodii, imprezowej energii i estetyki samej w sobie. Dzięki temu “Black Beatles” świetnie poradziło sobie w internecie. To przykład początku ery, w której muzyka i internetowy humor tworzą jedną artystyczną całość. Trend “Mannequin Challenge” oraz kultowe już opowieści LinkiMaster doskonale dopełniają ten obraz.
Kanye West – “Famous” / “Fade”
Ye w 2016 roku był postacią, która z miesiąca na miesiąc stawała się coraz bardziej kontrowersyjna. West nie był już postrzegany wyłącznie jako muzyk, lecz raczej jako samozwańczy wizjoner, a jego nieprzewidywalne zachowania sprawiały, że nie schodził z medialnych radarów. Taka też jest płyta “The Life of Pablo” — balansująca między chaosem a wizjonerskim nieładem. “Famous” to utwór-statement, najczęściej komentowany ze względu na agresywny przekaz i słynny wers o Taylor Swift. Z kolei “Fade” okazało się prawdziwym klubowym hitem. W tym przypadku naprawdę trudno było zdecydować się na jeden numer.
Radiohead – “Daydreaming”
Piątka z Oksfordu odcisnęła tak ogromne piętno na świecie muzyki, że każdy ich ruch jest szeroko komentowany. Nic dziwnego, że wydanie “A Moon Shaped Pool” było prawdziwym wydarzeniem — zwłaszcza że “The King of Limbs” zostało przyjęte dość chłodno, a od genialnego “In Rainbows” minęło dziewięć lat. Radiohead miało już status pozwalający robić dokładnie to, co chcą. “Daydreaming”, dzięki swojej ascetycznej formule, stanowił doskonały kontrapunkt dla przerysowanych hitów tamtego czasu, a wspomnienie tego utworu jako otwarcia koncertu na Open’erze wciąż przyprawia o dreszcze. Bardzo jestem ciekaw ich kolejnej płyty, w końcu mija już 10 lat!
Red Hot Chili Peppers – “Dark Necessities”
Red Hot Chili Peppers od zawsze potrafili odnaleźć się we współczesnych realiach, nie porzucając przy tym własnej tożsamości. Być może właśnie w tym tkwi istota ich trwającego od ponad czterech dekad fenomenu. Na drugim albumie z Joshem Klinghofferem zespół zachował charakterystyczny groove, rezygnując jednak ze stadionowych refrenów i riffów prowadzących cały utwór. Produkcja stała się bardziej miękka, pojawiły się nienachalne syntezatory, a całość zyskała więcej przestrzeni. “Dark Necessities” to świetny popowy numer, ale też dowód na to, że starzy wyjadacze mogą się dostosować do nowych trendów.
Metallica – “Moth Into Flame”
Podobnie jak w przypadku Radiohead czy RHCP, każdy ruch “metalowych królów” jest dużym wydarzeniem. Wydana po ośmiu latach płyta “Hardwired… to Self-Destruct” dla wielu stanowiła powrót do klasycznego brzmienia po różnie ocenianych eksperymentach. Z drugiej strony album nie ekscytował tak, jak nagrania z lat 80. Niemniej “Moth Into Flame” wyróżniało się jako jeden z bardziej udanych utworów.
Gojira – “Stranded”
Francuski monolit przez lata był marką dobrze znaną w świecie metalu, konsekwentnie budującą swoją pozycję. Dziś patrzymy na Gojirę jako na zespół wyznaczający kierunek i stanowiący punkt odniesienia dla całej sceny. Mimo pięciu wcześniejszych albumów, w 2016 roku brzmieli świeżo i aktualnie. To właśnie od płyty “Magma” rozpoczął się ich gwałtowny rajd w górę, którego zwieńczeniem był występ podczas Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. “Stranded” okazało się przepustką do szerszej publiczności — i to bez jakichkolwiek popowych kompromisów.
Taco Hemingway – “Następna stacja”
Przechodząc na polskie podwórko, nie sposób pominąć Taco Hemingwaya — artysty, który dał rodzimemu rapowi powiew świeżości i otworzył go na zupełnie nową publiczność, niemającą potrzeby utożsamiania się z “prawilnym” przekazem. W tamtym momencie rap zaczynał przesiadać się z brudnego autobusu do czystszego Ubera. Pierwsze EP-ki rapera zapowiadały przyszłość i wyznaczały nowe standardy, które szybko zadomowiły się w polskim hip-hopie. Kwintesencją warszawskich opowieści Taco jest “Następna stacja” — utwór, dzięki któremu dotąd niezagospodarowana grupa młodych słuchaczy odnalazła swój głos.
PRO8L3M – “Molly”
Warszawski duet prezentował jeszcze mroczniejsze oblicze miejskiego stylu życia niż Taco Hemingway. “Molly”, podobnie jak inne utwory PRO8L3M-u, idealnie sprawdza się jako soundtrack nocnych wojaży po mieście, podczas których sprawy rzadko układają się po naszej myśli. Siłą zespołu był kontrast między prostolinijną, a jednocześnie niezwykle obrazową nawijką Oskara i świetnie wyprodukowanymi, artystycznymi beatami Steeza. Warto docenić również dużą wagę przywiązywaną do oprawy wizualnej, która w hip-hopie zaczęła wtedy odgrywać coraz ważniejszą rolę.
Organek – “Mississippi w ogniu”
Zdecydowanie rock i gitara nie były językiem, którym muzycznie mówił rok 2016. Być może właśnie dlatego utwór Organka tak dobrze przyjął się w polskich rockowych rozgłośniach radiowych, spragnionych jednoznacznie gitarowego przeboju — świeżego i przekonującego. W tamtym czasie Tomek Organek konsekwentnie budował swoją pozycję na rynku, mimo że gitarowe brzmienia pozostawały wyraźnie w odwrocie.
Poprzedni artykuł
Następny artykuł









