Kategorie
eBilet

Ciekawostki

Sztuka bisowania. Dlaczego od 20 lat wokaliści udają, że zgasło światło i jest koniec koncertu, a wszyscy na widowni wiedzą, że zaraz wrócą na scenę?

Fot. Shutterstock/Sibrapid

Znasz ten moment doskonale, jeśli byłeś na jakimkolwiek koncercie. Wybrzmiewa ostatnia piosenka, wokalista dziękuje publiczności, cały zespół się żegna i schodzi ze sceny. Światła gasną. Koniec koncertu. Tylko że… nikt nie wychodzi. Wszyscy doskonale wiedzą, co teraz nastąpi: kilka minut krzyków, klaskania i skandowania, po czym artyści wrócą, oczywiście ogromnie “zaskoczeni” tak gorącym przyjęciem. Zagrają jeszcze dwa albo trzy największe hity i dopiero wtedy naprawdę się pożegnają. Czy to jeszcze spontaniczny bis, czy już po prostu kolejny punkt programu? I dlaczego właściwie obie strony – artyści i publiczność – tak chętnie uczestniczą w tej małej koncertowej farsie?

Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl

Bis nie jest wynalazkiem XXI wieku

Zanim zaczniemy śmiać się z wokalistów udających, że właśnie zakończyli koncert, a potem będących w szoku, że fani chcą jeszcze jednego utworu, trzeba oddać bisowi sprawiedliwość. To znacznie starsza tradycja, niż mogłoby się wydawać.

Zwyczaj domagania się przez publiczność powtórzenia szczególnie udanego utworu sięga co najmniej XVIII wieku. W czasach, gdy nie było Spotify, YouTube’a ani nawet płyt winylowych, jeśli chciałeś usłyszeć ulubioną arię jeszcze raz, pozostawało ci jedno: poprosić wykonawcę, żeby ją powtórzył. Wyobrażasz to sobie? Że stoisz obok chociażby takiego Eda Sheerana i musisz prosić go o trzykrotne wykonanie ulubionego kawałka, zamiast włączyć go w pętli na Spotify? 

Bisy w środku występu

Ty może nie, ale wtedy publiczność rzeczywiście to robiła, bo innej szansy na ponowne wysłuchanie utworu nie było (chyba, że zakup biletów na kolejny występ, a na to nie wszyscy mogli sobie pozwolić). Podczas XVIII-wiecznych przedstawień operowych bisy mogły pojawiać się nawet w środku spektaklu. Podczas premiery Wesela Figara Mozarta w 1786 roku niektóre fragmenty były powtarzane tak często, że przedstawienie mogło trwać niemal dwa razy dłużej niż planowano. 

Wyobraź sobie dzisiejszy koncert, na którym po każdym większym hicie tłum zaczyna krzyczeć “jeszcze raz!”, a zespół rzeczywiście powtarza utwór, bo nie ma płyt ani streamingu. Po kilku godzinach można byłoby nie tylko przegapić ostatni tramwaj (no dobrze, dorożkę!), ale prawdopodobnie również zdążyć się zaprzyjaźnić z ochroniarzem, który bardzo chciałby już iść do domu.

Dawniej bis był więc przede wszystkim rzeczywistą reakcją na entuzjazm publiczności. Jeśli widownia była zachwycona, artysta słyszał jasny komunikat: “Chcemy usłyszeć to jeszcze raz”. Było to wyróżnienie, które nie każdy otrzymywał.

Kiedy spontaniczny bis stał się obowiązkowym elementem koncertu?

Badaczka Emma Webster, która analizowała rytuał bisowania podczas koncertów, zwraca uwagę na bardzo konkretną zmianę: bis przeszedł drogę od spontanicznej reakcji publiczności do oczekiwanego i zrytualizowanego elementu koncertu. Czyli dokładnie tego, co znamy dzisiaj.

Teraz tak naprawdę nie chodzi już tylko o sytuację w stylu: “Publiczność tak świetnie się bawiła, że artysta postanowił wrócić”. Współczesny koncert często wygląda raczej tak:

  1. artysta kończy główną część występu,
  2. żegna się,
  3. schodzi ze sceny,
  4. publiczność zaczyna klaskać i krzyczeć: “Jeszcze, jeszcze!”,
  5. wszyscy czekają,
  6. artysta wraca,
  7. gra wcześniej zaplanowane utwory,
  8. tym razem naprawdę się żegna.

Można powiedzieć, że wszyscy są z tego zadowoleni, nawet jeśli doskonale wiedzą, co się wydarzy po pierwszym pożegnaniu. Tak naprawdę teraz, by zaskoczyć publiczność, zespół musiałby na scenę nie wracać. Ale czy to byłoby dobre posunięcie? Raczej nie. Wie o tym zespół Arctic Monkeys, ale o nim za chwilę.

Koniec koncertu… ale tylko na chwilę

Najbardziej zabawne jest właśnie to udawanie. Wokalista mówi “dziękuję”, zespół odkłada instrumenty, światła zmieniają się na te sugerujące koniec wydarzenia, a wykonawcy znikają za kulisami. Publiczność natomiast zaczyna swoją część przedstawienia: krzyczy, klaszcze, tupie i skanduje imię artysty.

Po kilku minutach gwiazda wraca. “Nie spodziewaliśmy się, że będziecie chcieli jeszcze jedną!” – mówią. Oczywiście. Tak bardzo się nie spodziewali, że instrumenty są nadal w pełni gotowości, bo nikt nie zaczął ich sprzątać, światła są ustawione, a na telebimie pojawia się odpowiednia grafika. Co więcej – przecież fani płacą setki złotych, by usłyszeć ulubionych artystów. Na takich koncertach nie ma przypadkowych ludzi. Wiadomo, że zawsze będą czuć lekki niedosyt i chętnie posłuchają chociaż kawałka więcej.

Już w 2007 roku “The Guardian” zwracał uwagę na tę właśnie absurdalność współczesnego bisowania. Dziennikarz Dave Simpson opisywał sytuację, w której zespoły mają przygotowaną całą listę utworów na bis, a publiczność doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Według niego często nie ma znaczenia nawet to, jak głośno widownia domaga się powrotu – zespół i tak wróci, ponieważ wszystko zostało wcześniej zaplanowane. 

I właśnie tutaj kończy się spontaniczność, a zaczyna – w pewnym sensie – teatr.

Publiczność też zna swoją rolę

Tylko że… czy naprawdę nam to przeszkadza? Niekoniecznie. Bis jest czymś w rodzaju wspólnej umowy między artystą a publicznością. Wszyscy znamy zasady tej gry i zdajemy sobie sprawę z tego, że – no właśnie – to gra, ale mimo wszystko postanawiamy w nią zagrać, bo chcemy więcej.

Badania Emmy Webster pokazują, że rytuał bisowania daje publiczności między innymi poczucie wpływu na wydarzenie. Widzowie przez chwilę mogą mieć wrażenie, że to oni zdecydowali, że koncert jeszcze się nie skończy. To publiczność klaszcze, krzyczy i przywołuje artystę z powrotem. 

Oczywiście, jeśli bis był przygotowany wcześniej, decyzja nie należy do niej. Ale sama możliwość uczestniczenia w tym rytuale jest ważna. Skoro możemy przez chwilę poczuć, że mamy wpływ – dlaczego z tego nie skorzystać?

Dlaczego wszyscy klaszczą, skoro wiedzą, że artysta wróci?

Dochodzi tutaj jeszcze jeden interesujący mechanizm społeczny – koncert nie jest wyłącznie relacją między artystą a pojedynczym widzem. To wydarzenie zbiorowe. Tysiące osób reagują jednocześnie, a zachowanie jednej części publiczności wpływa na pozostałych.

Ktoś zaczyna klaskać. Dołącza kilka osób. Potem kilkadziesiąt. W końcu cała hala bije brawa na stojąco. Ktoś zaczyna skandować nazwę zespołu. Reszta podchwytuje. To zaraźliwe, rozprzestrzenia się jak wirus.

Nawet jeśli nie chcesz w tę grę grać, nagle jesteś częścią publiczności domagającej się bisu.

Webster zwraca uwagę, że bis pełni również funkcję społeczną i relacyjną – pozwala na dodatkową interakcję wykonawcy z publicznością, charakterystyczną dla koncertu na żywo. A to ma znaczenie szczególnie dzisiaj, kiedy ogromną część muzyki konsumujemy samotnie: w słuchawkach, samochodzie, podczas pracy czy spaceru. Koncert jest jednym z niewielu momentów, kiedy kilka, kilkanaście albo kilkadziesiąt tysięcy osób może zrobić dokładnie to samo w tym samym czasie. 

Nawet jeśli tym wspólnym celem jest przekonanie artysty do czegoś, co zostało zaplanowane trzy miesiące wcześniej – sprawia, że stajemy się częścią społeczności. Potrzebujemy tego.

Ale przecież bis powinien być spontaniczny!

No właśnie, dochodzimy do pewnego paradoksu. Jeżeli bis ma być nagrodą za wyjątkowy występ, powinien wynikać z reakcji publiczności. Jeżeli jest zaplanowany z góry, staje się po prostu dodatkową częścią koncertu, którą można by wpisać w timeline. 

Dlaczego więc nie wpisać go od razu do setlisty? Czasem nawet tak się dzieje, ale zabija to wtedy całą magię. Bez tej informacji – choć wiemy, że bis będzie – możemy mieć przynajmniej niespodziankę dotyczącą utworu, jaki usłyszymy. Choć jeśli artysta wyruszył w trasę, może okazać się, że zawsze gra tą samą piosenkę. Wtedy również magia znika. 

Właśnie dlatego zaplanowany bis często pozostaje poza oficjalnym programem. Publiczność ma mieć wrażenie, że zakończenie jest zakończeniem, a dodatkowe utwory pojawiły się dzięki jej reakcji. To oczywiście trochę tak, jakby kelner przyniósł ci deser “na koszt firmy”, mimo że jego cena została wcześniej doliczona do ceny obiadu.

Mimo wszystko to działa.

Po co artyści w ogóle zostawiają największe hity na bis?

Jest jeszcze jeden powód, dla którego bis tak dobrze zadomowił się w muzyce popularnej: to świetne miejsce na finał. Jeśli masz do zagrania dwadzieścia utworów, możesz oczywiście zakończyć koncert swoim największym przebojem. Tylko co wtedy zostanie na bis? Dlatego wielu wykonawców zostawia na koniec utwory, które publiczność zna najlepiej. Współczesny bis często jest więc czymś w rodzaju muzycznego “finału finału”.

Bis ma też bardzo praktyczne zastosowanie

Cały rytuał może wydawać się czystym show, ale zaplanowany bis ma również bardzo konkretne uzasadnienie organizacyjne.

Koncert musi się kiedyś skończyć. Hala ma swoją godzinę zakończenia wydarzenia, pracownicy mają określony czas pracy (i nikt nie będzie im płacił więcej, bo artysta postanowił zagrać dodatkowo dziesięć piosenek, bo ludzie tak bardzo go o to prosili), transport nie będzie czekał na zespół do trzeciej nad ranem, a ochrona i obsługa techniczna również muszą wiedzieć, kiedy można rozpocząć zwijanie wydarzenia (wszak pewnie kolejnego dnia trzeba przygotować scenę w innym mieście).

W przypadku dużych produkcji dochodzą do tego światła, wizualizacje, efekty specjalne, zmiany scenografii i cała techniczna maszyneria. Dlatego bis często jest przygotowany równie dokładnie jak pozostała część koncertu.

To oznacza, że artysta może wyglądać na spontanicznie zaskoczonego, podczas gdy kilkadziesiąt metrów dalej technicy właśnie realizują siedemnasty punkt skrupulatnie zaplanowanego programu.

A może publiczność wcale nie chce spontaniczności?

To ciekawy paradoks współczesnych koncertów (i życia ogółem, bo żyjemy w czasach, w których mamy naprawdę mało spontaniczności. Planujemy każdą minutę życia, na wszystko dokładnie się przygotowujemy, a decyzje podejmujemy z co najmniej kilkudniowym wyprzedzeniem). 

Z jednej strony narzekamy, że bis jest przewidywalny. Z drugiej – gdyby artysta rzeczywiście po prostu powiedział “dobranoc” i wyszedł, część widzów mogłaby poczuć, że czegoś zabrakło. Paradoksalnie to nie pożegnanie jest zakończeniem koncertu. Stał się nim bis.

Badania Webster pokazują, że rytuał bisowania pomaga również zaznaczyć czasowość wydarzenia – informuje zarówno artystów, jak i publiczność, że koncert dobiega końca. Pomaga oswoić się z tą myślą.

A jednak nie każdy artysta chce grać w tę grę

Oczywiście istnieją wykonawcy, którzy próbują zerwać z tym schematem. Niektóre zespoły rezygnują z bisów całkowicie. Jednym z przykładów był Arctic Monkeys (choć później również zaczęli stosować ten rytuał). W literaturze dotyczącej bisowania opisano ich jako przykład zespołu, który próbował odejść od tradycyjnego schematu, ale ostatecznie do niego powrócił. 

I trudno o lepszą ilustrację problemu. Możesz powiedzieć: “Nie będziemy udawać, że zakończyliśmy koncert tylko po to, byście nas wołali i błagali o nasz powrót”. Ale jeśli publiczność tego oczekuje, możesz szybko odkryć, że brak bisu jest odbierany niemal jak brak deseru. Fanom naprawdę się to nie podoba. 

Bywały czasy, gdy bis naprawdę coś znaczył

Warto jednak pamiętać, że nie zawsze bis oznaczał trzy największe hity na koniec. W XVIII i XIX wieku powtórzenie utworu rzeczywiście mogło być dowodem ogromnego uznania dla artysty i nie każdy artysta na zasługiwał na skandowanie tłumu. Publiczność domagała się konkretnej arii czy fragmentu utworu, który szczególnie jej się spodobał. Bis był więc czymś w rodzaju bardzo bezpośredniej recenzji: “To było świetne. Zagrajcie jeszcze raz”.

Zdarzało się nawet, że artyści improwizowali i wybierali coś, czego wcześniej nie planowali. Właśnie spontaniczność była jednym z najważniejszych elementów dawnej tradycji. Z czasem jednak bis coraz bardziej się formalizował. W muzyce popularnej stał się szczególnie charakterystycznym elementem koncertów rockowych i popowych.

Czy da się jeszcze zrobić prawdziwy bis?

Oczywiście. Warto rozróżnić bis zaplanowany od bisu rzeczywiście wywołanego reakcją publiczności.

Ten drugi może wydarzyć się wtedy, gdy artysta faktycznie nie planował powrotu, ale reakcja widowni jest tak mocna, że zmienia decyzję. Wtedy rzeczywiście działa pierwotny mechanizm: publiczność prosi, artysta odpowiada. Takie sytuacje nadal się zdarzają, choć są zdecydowanie rzadsze niż zaplanowane bisy. Badania nad rytuałem bisowania wskazują właśnie na tę ewolucję – od spontanicznej interakcji do powtarzalnego elementu koncertowego scenariusza. 

I być może dlatego prawdziwy, nieplanowany bis potrafi wywołać znacznie większe emocje.

Czy warto więc dalej udawać?

Można oczywiście powiedzieć: skoro wszyscy wiemy, że artysta wróci, po co ta cała zabawa?

Tylko że koncerty w ogóle są pełne takich rytuałów. Publiczność śpiewa piosenki, których tekst zna na pamięć. Krzyczy imię wokalisty, choć doskonale wie, że on za chwilę wyjdzie na scenę i zacznie całe wydarzenie. Włącza latarki w telefonach, mimo że artysta ma profesjonalne oświetlenie. A na koniec udaje, że wierzy w spontaniczny powrót na scenę.

Bis nie jest już tylko dodatkową piosenką. Jest częścią koncertowego spektaklu. Koncerty dziś to ogromne wydarzenia artystyczne, a nie tylko muzyczne. Ich częścią jest to, że artysta dostaje możliwość podziękowania publiczności, widzowie dostają jeszcze kilka minut wspólnego przeżywania emocji, a całe wydarzenie otrzymuje wyraźny rytuał zakończenia, po którym troszkę łatwiej jest nam opuścić obiekt (choć nie bez poczucia niedosytu). 

Czy więc wszyscy wiemy, że wokalista wróci?

Oczywiście.

Czy on wie, że my to wiemy?

Oczywiście.

Czy mimo wszystko będziemy klaskać?

Jeszcze jak.

 

Źródła:

[1] https://globalnews.ca/news/9231373/live-music-concert-encores/ (dostęp z dnia 20.08.2026)

[2] https://ora.ox.ac.uk/objects/uuid:6ec725fe-0ec1-4dbf-98e7-19d9170de22c (dostęp z dnia 20.08.2026) 

[3] https://www.tandfonline.com/doi/abs/10.1080/03007766.2010.538241 (dostęp z dnia 20.08.2026)

[4] https://www.theguardian.com/music/musicblog/2007/may/17/encoreencore (dostęp z dnia 20.08.2026)

[5] https://www.classical-music.com/articles/encores-3 (dostęp z dnia 20.08.2026)

[6] https://radar.brookes.ac.uk/radar/file/b68d4819-7fb6-de27-f21d-d1b1d1135c03/1/Webster2012one.pdf (dostęp z dnia 20.08.2026)

Fot.

Gorące wydarzenia

Gorące wydarzenia

Roztańczony PGE Narodowy 2026

10.10.2026-10.10.2026
Warszawa

Mystic Festival 2027

10.06.2027-10.06.2027
Gdańsk

Open’er Festival 2027

30.06.2027-30.06.2027
Gdynia

Artur Rojek Mirafiori Tour 2027

02.04.2027-02.04.2027
Bielsko-Biała, Częstochowa, Gdynia i inne

Lizzy McAlpine

15.03.2027-15.03.2027
Warszawa

Home Alone Live in Concert: Film z muzyką na żywo

17.12.2026-17.12.2026
Kraków, Łódź

Palace

11.03.2027-11.03.2027
Warszawa

Up To Date Festival 2027

27.05.2027-27.05.2027
Białystok

OKI MOSHPIT MEMBER TOUR 2026

30.10.2026-30.10.2026
Gdańsk/Sopot, Kraków, Łódź i inne

FAME 33

17.10.2026-17.10.2026
Warszawa

XTB KSW 122

10.10.2026-10.10.2026
Rzeszów

Sunrise Festival 2027

30.07.2027-30.07.2027
Kołobrzeg

Hubert. & prawy brzeg – sei porobilo … tour

15.11.2026-15.11.2026
Gdańsk, Kraków, Łódź i inne

Silesia Memoriał Kamili Skolimowskiej

15.08.2027-15.08.2027
Chorzów

Puchar Świata w skokach narciarskich 2026/2027

04.12.2026-04.12.2026
Wisła, Zakopane

Roztańczony PGE Narodowy 2026

10.10.2026-10.10.2026
Warszawa

Mystic Festival 2027

10.06.2027-10.06.2027
Gdańsk

Open'er Festival 2027

30.06.2027-03.07.2027
Gdynia

Artur Rojek Mirafiori Tour 2027

02.04.2027-14.05.2027
Bielsko-Biała, Częstochowa, Gdynia i inne

Lizzy McAlpine

15.03.2027-15.03.2027
Warszawa

Home Alone Live in Concert: Film z muzyką na żywo

17.12.2026-18.12.2026
Kraków, Łódź

Palace

11.03.2027-11.03.2027
Warszawa

Up To Date Festival 2027

27.05.2027-28.05.2027
Białystok

OKI MOSHPIT MEMBER TOUR 2026

30.10.2026-12.12.2026
Gdańsk/Sopot, Kraków, Łódź i inne

FAME 33

17.10.2026-17.10.2026
Warszawa

XTB KSW 122

10.10.2026-10.10.2026
Rzeszów

Sunrise Festival 2027

30.07.2027-01.08.2027
Kołobrzeg

Hubert. & prawy brzeg – sei porobilo … tour

15.11.2026-17.12.2026
Gdańsk, Kraków, Łódź i inne

Silesia Memoriał Kamili Skolimowskiej

15.08.2027-15.08.2027
Chorzów

Puchar Świata w skokach narciarskich 2026/2027

04.12.2026-17.01.2027
Wisła, Zakopane

Avatar autora wpisu
Klaudia Jaroszewska-Kotradii

Klaudia Jaroszewska-Kotradii – multipasjonatka, która nie potrafi usiedzieć w miejscu. Zafiksowana na punkcie rozwoju i zdobywania wiedzy wszelakiej. Prywatnie mama, żona i kreatywna dusza, która na równi uwielbia Sanah i The Hardkiss.