Kategorie
eBilet

Festiwal

Było słodko, było gorzko. Robbie Williams zrekompensował wszystko! 

Fot. Jacek Stasiak

Druga edycja BitterSweet Festival pokazała, jak bardzo to wydarzenie urosło. Poznańska Cytadela przez trzy dni była miejscem, w którym pop spotykał się z elektroniką, hip-hopem, nostalgią i koncertami, których właściwie nie dało się ze sobą porównać. I chyba właśnie to w BitterSweet podoba mi się najbardziej.

Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl

Ten festiwal trochę meandruje i nie próbuje zamknąć się w jednej muzycznej szufladzie. Jednego dnia dostajemy Becky Hill, Jessie J, Lorde i Gorillaz, kolejnego Mroza, Ritę Orę, Toma Odella i Twenty One Pilots. A na finał Robbiego Williamsa.

Słodko

Pierwszy dzień rozpoczęła Becky Hill i trudno było wymyślić bardziej naturalne otwarcie festiwalu. “Remember”, “Lose Control” czy “False Alarm” wpadały jeden za drugim, a część publiczności zapewne dopiero pod sceną orientowała się, ile jej utworów naprawdę zna. Słońce było jeszcze wysoko, ludzie poznawali teren Cytadeli, a Becky robiła dokładnie to, czego od niej oczekiwano: uruchamiała pierwszą dużą imprezę weekendu.

Później pojawiła się Jessie J i to właśnie jej koncert okazał się dla mnie jednym z największych zaskoczeń pierwszego dnia. Mogła przyjechać, zaśpiewać “Price Tag”, “Domino” czy “Do It Like a Dude” i spokojnie odhaczyć kolejny festiwalowy występ. Zamiast tego dużo rozmawiała z publicznością, żartowała, oddawała ludziom mikrofon i bardzo szybko skróciła dystans między sceną a pierwszymi rzędami.

Najbardziej został ze mną moment przy “Purple Rain”. Jessie nawiązała do swoich problemów ze zdrowiem i mówiła o tym, żeby bardziej doceniać czas. Chwilę później śpiewaliśmy już “Domino”. Proste, ale skuteczne. Jessie J miała być jedną z gwiazd pierwszego dnia, a dla mnie stała się jego największym zaskoczeniem.

Lorde poszła w zupełnie inną stronę. Zaczęła od “Royals”, jakby chciała największy przebój mieć od razu za sobą i zweryfikować publiczność – kto przyszedł dla niej, a kto dla jej wielkiego przeboju.Werdykt: z dziewięćdziesiąt procent osób zostało. Później był koncert bardziej chłodny, performatywny, oparty na ruchu, świetle i wizualizacjach. Jessie J chciała być jak najbliżej publiczności, Lorde budowała własny świat. Dwa zupełnie różne podejścia i oba tego wieczoru zadziałały.

Od rana było jednak widać, na kogo czeka ogromna część Cytadeli. Koszulki z 2-D, Murdocem czy Noodle mijało się właściwie przez cały dzień. Gorillaz wracali do Polski po ośmiu latach i oczekiwanie było czuć pod sceną na długo przed koncertem.

Damon Albarn mógł zacząć jednym z największych przebojów. Zamiast tego pojawiło się “The Mountain” z sitarem, bansuri i tablami. Później kolejne okresy działalności Gorillaz zaczęły się mieszać: “Tranz”, “Last Living Souls”, “19-2000”, “Rhinestone Eyes”, “Feel Good Inc.” czy “Clint Eastwood”. Na scenie pojawiali się Joe Talbot z IDLES, Kara Jackson, Bootie Brown czy Posdnuos z De La Soul. Gorillaz po raz kolejny pokazali, że bardziej niż klasycznym zespołem są muzycznym kolektywem, do którego Albarn może zapraszać kolejnych ludzi i ciągle zmieniać jego charakter.

Drugiego dnia bardzo mocno zaczął Mrozu. I tutaj można było sobie przypomnieć, że czasem największym efektem specjalnym jest po prostu świetnie grający zespół. “Złoto”, “Za daleko”, “Jak nie my to kto?” czy “Miliony monet” układały się w koncert pełen groove’u, soulu i funku. Mrozu nie potrzebował konkurować z zagranicznymi gwiazdami liczbą ekranów czy pirotechniki. Muzycznie spokojnie się bronił.

Rita Ora uruchomiła później pełną popową machinę. Tancerze, chórki, duże refreny i praktycznie nieustanny ruch. “I Will Never Let You Down”, “Ritual” czy “Anywhere” działały dokładnie tak, jak powinny działać na dużym festiwalu. Ora często schodziła do pierwszych rzędów, robiła zdjęcia, podpisywała rzeczy przynoszone przez fanów i nie chowała się za perfekcyjnie przygotowanym show.

Tom Odell potrzebował znacznie mniej środków. Fortepian, głos i piosenki wystarczyły, żeby wraz z kolejnymi minutami publiczność robiła się coraz spokojniejsza. Przy “Another Love” ogromna część Cytadeli śpiewała razem z nim i był to jeden z najbardziej wyciszonych momentów całego weekendu.

Twenty One Pilots chwilę później zrobili dokładnie odwrotnie. Tyler Joseph pojawiał się pomiędzy publicznością, Josh Dun grał na perkusji nad głowami ludzi, był ogień, pirotechnika i platformy. “Heathens”, “Stressed Out”, “Ride” czy “Trees” śpiewały tysiące osób.

Jednym z najlepszych momentów było zaproszenie na scenę Kornela z ochrony podczas “Ride”. Chwilę wcześniej stał przy barierkach, później znalazł się obok zespołu. Takie rzeczy zapamiętuje się czasami lepiej niż kolejną serię fajerwerków.

Trzeci dzień na głównej scenie rozpoczął Sobel. Wśród publiczności można było dostrzec Bambi, natomiast podczas “W razie w” na scenie pojawił się OKI. Publiczność zareagowała natychmiast. W secie nie zabrakło też “Fiołkowego pola”, “Kochasz?”, “Potwora” czy “Wynalazku Filipa Golarza”. Była duża produkcja, ogień i pirotechnika, ale właśnie pojawienie się OKIego było jednym z tych momentów, które najlepiej zapamiętałem.

Później przyszedł czas na Ciarę, która po raz pierwszy występowała w Polsce. Na scenę wyszła z polską flagą, a wraz z pierwszymi dźwiękami “Goodies” zaczęła się solidna podróż do początku lat dwutysięcznych. “1, 2 Step”, “Lose Control” czy “Love Sex Magic” pokazały, jak mocno te utwory nadal siedzą w pamięci. Przy ponad trzydziestu stopniach Ciara i jej tancerki praktycznie nie zwalniały. Było nostalgicznie, ale nie miałem poczucia oglądania koncertu artystki żyjącej wyłącznie dawnymi przebojami.

A potem pojawił się Robbie Williams.

Oj Robbie Williamsie, jak Ty nas oczarowałeś. Czasami zastanawiam się, po czym poznaje się wielkość artysty. Robbie pokazał w Poznaniu, że może po tym, że po tylu latach nie trzeba już niczego nikomu udowadniać.

Była ta jego pozytywna nonszalancja, ogromny dystans do siebie, własnej kariery i przeszłości. Żartował, rozmawiał z publicznością i sprawiał wrażenie człowieka, który po prostu dobrze bawi się na scenie. Setlista również nie była skonstruowana wyłącznie z największych przebojów. Oczywiście dostaliśmy “Let Me Entertain You”, “Rock DJ”, “Supreme”, “Millennium” czy “Feel”, ale pojawiały się też mniej oczywiste wybory i fragmenty cudzych utworów. Mnie ta swoboda kupiła.

Najlepszy moment przyszedł jednak wtedy, kiedy Robbie zauważył transparent Mai. Jej mama nie mogła być na koncercie. Williams wziął telefon, zadzwonił do niej i zaśpiewał “She’s The One”. No który artysta robi coś takiego? Było w tym sporo spontaniczności i właśnie ten moment najlepiej pokazał jego kontakt z publicznością.

Na finał zostało jeszcze “Angels”. Tysiące telefonów poszły w górę, a Robbie miał na sobie koszulkę Warty Poznań. Lokalny gest, wielki przebój i publiczność, która śpiewała praktycznie każde słowo.

I chyba właśnie wtedy pomyślałem, że Robbie Williams trochę zrekompensował wszystko. Kolejki, tłok i kilka momentów organizacyjnej frustracji schodziły na dalszy plan. Zostawał po prostu bardzo dobry koncert wielkiego artysty.

Major Lazer musieli później kompletnie zmienić atmosferę wieczoru. Jeszcze chwilę wcześniej wszyscy śpiewali “Angels”, a później pojawiły się bas, płomienie, fajerwerki i polewanie publiczności wodą. “Light It Up” i “Lean On” zamieniły główną scenę w wielką imprezę, a dodatkowym zaskoczeniem było pojawienie się Mr. Polska.

Można długo zastanawiać się, kto wygrał tegoroczny BitterSweet. Jessie J emocjami? Gorillaz skalą? Tom Odell spokojem? Twenty One Pilots widowiskiem? Robbie Williams klasą? Nie widzę większego sensu w takim rankingu. Największą siłą festiwalu było właśnie to, że przez trzy dni potrafił przechodzić pomiędzy tak różnymi artystami.

Gorzko

Bo przecież w nazwie tego festiwalu nie ma wyłącznie “sweet”.

O infrastrukturze BitterSweet napisano już sporo. Tłok, kolejki do darmowej wody, za mało sanitariatów, problemy z poruszaniem się po terenie czy momentami przenikający się dźwięk scen. Nie ma sensu tych problemów pudrować. Były momenty, kiedy przejście przez Cytadelę naprawdę stawało się trudne.

Warto jednak zauważyć, że organizator próbował reagować. Po pierwszym dniu pojawiło się więcej oznaczeń, zwiększono liczbę stewardów i sanitariatów. Po ogromnych kolejkach po wodę podczas upału zmieniono też zasady i pozwolono wnosić dwie półlitrowe butelki. Nie rozwiązywało to wszystkich problemów, ale reakcja była widoczna.

I tutaj dochodzę do rzeczy, która w całej tej dyskusji mierzi mnie najbardziej. Nie sama krytyka, bo była potrzebna. Mierzi mnie krytyka dla samej krytyki. “Beznadziejna organizacja”, “przenieście festiwal”, “nigdy więcej”. Rozumiem frustrację, tylko takie komentarze nie odpowiadają na pytanie, co właściwie można zrobić lepiej.

Jeżeli Cytadela jest za mała, gdzie w Poznaniu znajduje się realna alternatywa? Miejsce, które pomieści podobną liczbę ludzi, kilka scen i całe zaplecze, a przy tym zachowa charakter wydarzenia? Bo Cytadela zachwyca i uwiera jednocześnie. Drzewa, alejki i pagórki robią klimat tego festiwalu. Te same alejki przy kilkudziesięciu tysiącach ludzi stają się jednak jego największym problemem.

Być może trzeba inaczej rozłożyć przestrzeń, zwiększyć zaplecze sanitarne czy lepiej poprowadzić ruch. Warto też patrzeć na rozwiązania z OFF Festivalu, Open’era czy innych dużych wydarzeń. Podpatrywać dobre pomysły i sprawdzać, które można przenieść na specyficzny teren Cytadeli.

BitterSweet ma również znaczenie daleko poza samym parkiem. Sam widziałem ludzi z festiwalowymi opaskami w Muzeum Narodowym i Muzeum Sztuk Użytkowych. Wieczorem szli na Gorillaz albo Twenty One Pilots, wcześniej zwiedzali Poznań. To jeden z tych mniej oczywistych efektów dużego festiwalu, o którym łatwo zapomnieć.

Jest jeszcze jeden dysonans. Kolejka do wody jest historią, brak kolejki już nią nie będzie. Zator pomiędzy scenami generuje dziesiątki komentarzy, sprawne wejście pozostaje niewidoczne. Dlatego czytając wyłącznie internetowe opinie, można było czasami odnieść wrażenie, że przez trzy dni panował kompletny chaos. Będąc na miejscu, widziało się obraz bardziej zniuansowany. Były problemy, ale kilkadziesiąt metrów dalej ludzie po prostu bawili się na koncertach.

I właśnie gdzieś pomiędzy tymi dwoma obrazami meandruje prawda o tegorocznym BitterSweet.

Fot.

Gorące wydarzenia

Gorące wydarzenia

G33 Tour – Tadeo x Szczepan x Wyguś x Mata

12.09.2026-12.09.2026
Sokołów Małopolski

13th Warsaw Tattoo Convention

19.09.2026-19.09.2026
Warszawa

XTB KSW 122

10.10.2026-10.10.2026
Rzeszów

Męskie Granie 2026

31.07.2026-31.07.2026
Warszawa, Wrocław

Otsochodzi – RIOTT

01.10.2026-01.10.2026
Gdańsk, Kraków, Poznań i inne

Silesia Memoriał Kamili Skolimowskiej

22.08.2026-22.08.2026
Chorzów, Katowice

Olsztyn Green Festival 2027

13.08.2027-13.08.2027
Olsztyn

Sunset Square 2026

28.08.2026-28.08.2026
Gdynia

Red Bull Drift Masters, Grand Finale 2026, Poland

11.09.2026-11.09.2026
Warszawa

FAME 32

29.08.2026-29.08.2026
Radom

G33 Tour – Tadeo x Szczepan x Wyguś x Mata

12.09.2026-12.09.2026
Sokołów Małopolski

13th Warsaw Tattoo Convention

19.09.2026-20.09.2026
Warszawa

XTB KSW 122

10.10.2026-10.10.2026
Rzeszów

Męskie Granie 2026

31.07.2026-22.08.2026
Warszawa, Wrocław

Otsochodzi – RIOTT

01.10.2026-03.12.2026
Gdańsk, Kraków, Poznań i inne

Silesia Memoriał Kamili Skolimowskiej

22.08.2026-23.08.2026
Chorzów, Katowice

Olsztyn Green Festival 2027

13.08.2027-13.08.2027
Olsztyn

Sunset Square 2026

28.08.2026-29.08.2026
Gdynia

FAME 32

29.08.2026-29.08.2026
Radom