Taylor Swift ma fanów. Mnóstwo fanów. I to takich, którzy nie tylko słuchają jej muzyki, ale też kupują bilety, podróżują setki kilometrów na koncerty, rezerwują hotele, kupują stroje, wymieniają się bransoletkami, oglądają koncertowe film, a czasem… a nawet zaczynają oglądać futbol amerykański. Nic więc dziwnego, że w ostatnich latach zaczęto mówić o “Swiftonomics”, czyli ekonomicznym wpływie Taylor Swift i jej fanów. To nie jest oficjalna dziedzina ekonomii, ale termin na tyle się rozpowszechnił, że zaczęto wykorzystywać go nawet w edukacji ekonomicznej.
Wojny fandomów w latach 90. (Backstreet Boys vs. *NSYNC) a współczesne bitwy na Twitterze
Dziś wystarczy jeden tweet, żeby rozpętać prawdziwą wojnę (albo tzw. gó*no burzę). Ktoś napisze, że nowy album Taylor Swift jest przereklamowany, ktoś inny stwierdzi, że BTS ma lepszą dyskografię od wszystkich zachodnich zespołów razem wziętych, a po kilku minutach pod postem pojawiają się setki komentarzy, w których fani bronią swoich idoli, porównują wyniki sprzedaży, wyciągają stare wypowiedzi i… tak to się zaczyna. Może się wydawać, że to typowo współczesny problem. W końcu dopiero media społecznościowe dały fanom możliwość natychmiastowego reagowania, organizowania się i docierania do milionów osób. Tyle że wojny fandomów są znacznie starsze niż Twitter, a nawet internet.
30.09.2026
Klaudia Jaroszewska-Kotradii
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Kiedy zaczęły się wojny fanów?
Nie wiemy, kiedy dokładnie rozpoczęły się wojny fanów (ciekawe, czy toczyły się też między fanami Mickiewicza i Słowackiego. A jeśli tak – to jak wyglądały). W latach 90. jedną z najbardziej zaciętych była rywalizacja fanów Backstreet Boys i *NSYNC. Nie było jeszcze X, TikToka ani Instagrama, a mimo to młode fanki (i fani!) doskonale wiedziały, po której stronie stoją. Jakby nie można było po prostu słuchać muzyki lub lubić obu zespołów jednocześnie… Cóż, czasem naprawdę nie można było lubić obu.
Backstreet Boys czy *NSYNC? Wybierz swoją drużynę
Lata 90. przyniosły wielki boom boysbandów. Backstreet Boys byli już międzynarodowymi gwiazdami, gdy na scenę wkroczyło *NSYNC. Oba zespoły łączyło zresztą znacznie więcej niż tylko podobny gatunek muzyki. Za ich karierami stał ten sam człowiek – Lou Pearlman.
Pearlman miał więc pod swoją opieką dwa zespoły, które trafiały do bardzo podobnej publiczności. Nic dziwnego, że szybko zaczęto je ze sobą porównywać:
- Kto lepiej śpiewa?
- Kto lepiej tańczy?
- Kto sprzedał więcej płyt?
- Kto zdobędzie pierwsze miejsce na liście przebojów?
Media bardzo chętnie podchwyciły tę narrację. W 1999 roku “Los Angeles Times” pisał wręcz o obu zespołach jako o najważniejszych elementach ogromnej machiny teen popu, a ich popularność była widoczna zarówno w sprzedaży płyt, jak i koncertów, MTV czy internetowych społecznościach AOL.
Dla samych fanów nie była to jednak wyłącznie zabawa w porównywanie statystyk.
TRL, czyli wojna na głosy
Jednym z najważniejszych pól bitwy było MTV i Total Request Live – program, w którym widzowie głosowali na ulubione teledyski. Nie było jeszcze wtedy Twittera, na którym można było napisać “mój idol jest najlepszy” i dostać za to tysiąc polubień. Fani musieli wysyłać swoje głosy do programu. Walka czasem była naprawdę zażarta.
Wspomnienia fanów z tamtego okresu pokazują, jak poważnie traktowano te głosowania. Wygrana ulubionego zespołu oznaczała nie tylko sukces artysty, ale też coś w rodzaju zwycięstwa całej grupy fanów. Jeśli Backstreet Boys spadali z pierwszego miejsca, można było mieć poczucie, że zawiodło się swoich idoli.
Brzmi znajomo? Dziś zamiast SMS-ów do MTV mamy głosowanie w internecie, streaming, polubienia, udostępnienia i hashtagi. Mechanizm pozostał jednak zaskakująco podobny: fan dostaje możliwość pokazania, że jego artysta jest ważny, a wynik staje się dowodem na to, że jego “drużyna” wygrała.
To nie była tylko rywalizacja zespołów
Co ciekawe, sama rywalizacja między muzykami była bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać.
Backstreet Boys i *NSYNC miały wspólnego menedżera, a później doszło między innymi do konfliktów dotyczących pieniędzy i warunków współpracy. W przypadku *NSYNC spór z Pearlmanem doprowadził ostatecznie do odejścia grupy z jego otoczenia i podpisania kontraktu z Jive.
Media opowiadały więc historię o dwóch podobnych grupach, które zaczynały w tym samym miejscu i walczyły o dominację na rynku. Fani dostali tym samym jasny komunikat: musisz wybrać, po której stronie się opowiadasz – Backstreet Boys czy *NSYNC; nie możesz lubić ich obu.
“My” kontra “Oni” – dlaczego tak łatwo dajemy się wciągnąć w te podziały?
Takie podziały zdarzają się wszędzie: w pracy (zwykli pracownicy vs. przełożeni), w polityce (lewica vs. prawica) czy w muzyce (jeden fandom vs. drugi). Jednym z pojęć, które pomaga wyjaśnić to zjawisko, jest tożsamość społeczna. W dużym uproszczeniu chodzi o to, że część naszego poczucia tego, kim jesteśmy, budujemy poprzez przynależność do różnych grup. Może to być rodzina, grupa znajomych, drużyna sportowa, społeczność zawodowa… albo właśnie fandom, na czym skupiamy się w tym artykule.
Kiedy zaczynamy coraz bardziej identyfikować się z konkretną grupą, pojawia się podział na “my” i “oni”. Przy takim podziale sukces “naszej” grupy może dawać nam poczucie satysfakcji, podczas gdy sukces grupy “konkurencyjnej” może być odbierany jako zagrożenie.
Badania nad fandomami K-popu także pokazują związek między identyfikacją z fandomem a stronniczością międzygrupową, czyli między innymi faworyzowaniem własnej grupy i gorszym postrzeganiem grupy konkurencyjnej.
Przeczytaj też:
Ale to nie jest jedyny przykład takich wojen
Backstreet Boys i *NSYNC to jeden z najbardziej charakterystycznych przykładów lat 90., ale oczywiście nie jedyny.
W różnych fandomach od dawna pojawiały się podobne podziały. W świecie K-popu można wskazać chociażby rywalizację fanów BTS, czyli ARMY, i EXO, czyli EXO-L. W polskiej pracy poświęconej wojnom fandomowym na Twitterze właśnie te dwie społeczności zostały wykorzystane do badania stronniczości międzygrupowej.
Co ciekawe, badanie polskiej społeczności K-popu na Twitterze, w którym wzięło udział 200 osób, pokazało, że aż 95 proc. respondentów zauważa problemy w tej społeczności, a wojny fandomowe zostały wskazane jako jeden z najbardziej rażących problemów. Jak pisze autorka badania: “Zjawisko te wpisane w paradygmat tłumu homogenicznego ujawniło zachowania fanów jako te podobne do zachowań grupy wyznaniowej. Protekcja w stronę idola została przyrównana do protekcji bożka. Fandomy w sferze mediów społecznościowych wyolbrzymiły przytoczone przez Le Bona zachowania tłumu, powiększając uczucie bezkarności, ułatwiając możliwość zrzeszania się oraz podsycając emocje partycypujących. (…) Do najczęstszych zachowań można wpisać kłótnie między konkretnymi fandomami trwające nawet latami, sprzeczki odnoszące się do niewymiernych cech jak talent czy subiektywnie postrzegana jakość muzyki, a także mowa nienawiści skierowana w stronę fanów i idoli”.
Współczesne konflikty znajdziemy też poza K-popem. Fani Taylor Swift potrafią ścierać się z fanami innych artystów, podobnie jak społeczności skupione wokół Nicki Minaj, Ariany Grande czy innych wielkich gwiazd popu.
Konflikty były, są i będą. Zmienia się tylko ich forma, wymiar i skala. Ta ostatnia niestety rośnie.

Twitter zmienił zasady gry
W latach 90. fani też mogli się kłócić. Tyle że w czasach bez internetu droga od “nie zgadzam się z tobą” do wielkiej, niemal ogólnoświatowej fandomowej awantury była znacznie dłuższa.
Można było pokłócić się w szkole. Napisać list do redakcji magazynu. Zadzwonić do radia. Głosować na ulubiony teledysk. Te zachowania nie miały jednak aż takiej skali rażenia, jaką dziś ma dostęp do mediów społecznościowych. One zaś sprawiły, że fandomy mogą organizować się w ogromne grupy niemal w kilka sekund. Badania dotyczące K-popu pokazują, że Twitter/X pełni dla fanów funkcję miejsca komunikacji, organizowania wspólnych działań i budowania tożsamości grupowej. Jednocześnie może być przestrzenią, w której dochodzi do prowokowania wojen fandomowych, rozpowszechniania fałszywych informacji czy cyberprzemocy.
Fandom dostał narzędzia organizacyjne
Współczesne fandomy potrafią działać niezwykle sprawnie:
- organizują akcje charytatywne,
- wspierają premiery,
- pomagają artystom w promocji,
- mobilizują tysiące osób wokół wspólnego celu.
Badania nad BTS ARMY pokazują, że społeczność ta tworzy rozbudowaną, międzynarodową sieć, w której poszczególne osoby mogą pełnić różne role i angażować się między innymi w tworzenie treści czy organizowanie kampanii.
O ile ta energia jest skierowana w stronę dobrych, nieszkodzących nikomu działań, nie ma żadnego problemu. Gorzej, gdy ta sama energia zostaje skierowana przeciwko komuś – np. fanom innego, “konkurencyjnego” artysty. Zamiast wspierania swojego idola fani skupiają się na tym, by “zniszczyć” drugi fandom i zaszkodzić innemu artyście.
Przeczytaj też:
Dlaczego w internecie łatwiej przekroczyć granicę?
Jednym z powodów jest sposób, w jaki komunikujemy się online: nie widzimy twarzy osoby po drugiej stronie, nie słyszymy jej głosu ani nie obserwujemy jej reakcji na nasze słowa. Tak naprawdę nie wiemy, co się z tą osobą dzieje i nawet jeśli zaatakowaliśmy ją tak bardzo, że przepłakała cały wieczór – nie zdajemy sobie z tego sprawy. Skupiamy się tylko na własnych emocjach. Łatwiej więc napisać coś, czego prawdopodobnie nie powiedzielibyśmy komuś stojącemu przed nami.
Psychologia opisuje to między innymi jako efekt rozhamowania (ang. disinhibition). Badania wskazują, że anonimowość, niewidoczność i brak bezpośredniego kontaktu mogą sprzyjać zachowaniom określanym jako toksyczne rozhamowanie, w tym agresywnym komentarzom czy hejtowi.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy anonimowy użytkownik internetu jest agresywny. Nie oznacza też, że każda wojna fandomów wynika z anonimowości. Jest jeszcze coś – kiedy dołączamy do grupy, łatwo nabrać przekonania, że “wszyscy jesteśmy po tej samej stronie”. Jeśli więc ktoś atakuje naszego idola, możemy odebrać to jako atak na całą społeczność. W takiej sytuacji odpowiedź przestaje być wyłącznie prywatną reakcją jednej osoby, a staje się reakcją tłumu. Wiemy, jak może się to skończyć…
Przeczytaj też:
Wojna może zacząć się od naprawdę drobnej rzeczy
Współcześnie nawet nie trzeba szczególnie dużego i znaczącego powodu, by fandomy rozpoczęły między sobą wojnę. Wystarczy, że ktoś nieco słabiej oceni nowy album lub napisze mniej przychylny komentarz (to nawet nie musi być krytyka czy hejt!). Czasem też wystarczy niewinny żart, mem albo spadek o jedno miejsce w rankingu. Może to być również sytuacja, w której nagrodę dostał “konkurencyjny” artysta.
Przykładem może być reakcja fanów na krytykę artystów w mediach społecznościowych. W 2026 roku “Washington Post” opisywał konflikt wokół krytyka Anthony’ego Fantano i Halsey, który ponownie rozgorzał po tym, jak na X zwrócono uwagę na jego wcześniejszą, bardzo negatywną recenzję albumu artystki. Dyskusja szybko stała się czymś więcej niż rozmową o samej muzyce – dotyczyła także roli krytyki w epoce fandomów, w której negatywna opinia może zostać odebrana jako atak nie tylko na artystę, ale również na jego fanów.
Dochodzimy do jednej z najważniejszych różnic między krytyką a fandomową wojną. O krytyce mówimy wtedy, gdy wypowiadamy się konstruktywnie, analizując dane dzieło czy występ. Słowa: “W tej piosence nie daje rady wyciągać najwyższych dźwięków, może warto byłoby je obniżyć” czy “niefajnie, że na tym koncercie zaśpiewał z playbacku” są konstruktywną krytyką. Nie są hejtem. Problem w tym, że niektórzy tak to odbierają. Traktują swojego idola jako ideał, jako wcześniej wspomnianego bożka. Nie dopuszczają do świadomości, że oni również mogą popełnić błąd lub ktoś może być po prostu w czymś lepszy. Wtedy dyskusja o sztuce zamienia się w walkę o to, kto ma prawo mieć inne zdanie. Jak się okazuje – nikt tego prawa nie ma (według członków fandomu oczywiście).
W latach 90. też chodziło o coś więcej niż muzykę
Można więc powiedzieć: dobrze, dziś mamy Twittera, więc wszystko jest bardziej widoczne. Ale przecież fani Backstreet Boys i *NSYNC też się kłócili. Co więcej, było o tym powszechnie wiadomo (o ile ktoś interesował się tymi zespołami). Właśnie dlatego nie możemy powiedzieć, że media społecznościowe stworzyły wojny fandomów, choć niektórzy tak twierdzą. One raczej dały im nowe narzędzia, dzięki którym mają większe pole rażenia.
W latach 90. fan mógł czuć ogromną więź ze swoim zespołem. Mógł kupować każdy magazyn, nagrywać teledyski na VHS, zbierać plakaty, głosować w TRL i rozmawiać z innymi fanami. Świat jego fandomu był jednak ograniczony przez media, które miał do dyspozycji – a nie miały one zbyt dalekiego zasięgu.
Dzisiaj ten zasięg jest praktycznie nieograniczony. Fan z Polski może w kilka sekund odpowiedzieć fanowi z Korei Południowej, Stanów Zjednoczonych czy Brazylii. Może zobaczyć jego post, udostępnić go tysiącom innych osób i rozpocząć dyskusję, która jeszcze tego samego dnia stanie się wojną na globalną skalę. Wojną, której nie da się kontrolować.
Czy współczesne wojny fandomów są naprawdę gorsze?
Z jednej strony – tak, mają większy zasięg. Dawniej fan musiał wykonać konkretną pracę, żeby wesprzeć ulubionego artystę. Dzisiaj wystarczy kilka kliknięć, żeby dołączyć do zbiorowej akcji, która może mieć na celu hejtowanie “konkurencyjnego” fandomu.
Z drugiej strony – współczesny fandom ma również znacznie więcej możliwości robienia dobrych rzeczy. Fani mogą wspólnie organizować zbiórki, promować twórczość artysty, pomagać sobie nawzajem czy prowadzić akcje społeczne. K-pop jest zresztą świetnym przykładem tego, że ta sama zdolność do szybkiej mobilizacji może być wykorzystywana zarówno w wojnach fandomowych, jak i w działaniach społecznych.
Dobrze by było, gdyby ludzie wykorzystywali zasięgi do robienia tylko dobrych rzeczy. Niestety, tak nie jest i pewnie nigdy nie będzie (tym bardziej, że społeczeństwo coraz bardziej się polaryzuje i odczuwa coraz bardziej skrajne emocje).
Backstreet Boys kontra *NSYNC. Twitter kontra… wszystko
Być może najbardziej zaskakujące jest to, że mimo wszystkich technologicznych różnic mechanizm pozostał bardzo podobny. Nie zmieniły się potrzeba przynależności, bronienia “swoich” i poczucia, że nasza grupa odnosi sukces. Zmieniło się narzędzie i skala jego rażenia.
Źródła:
[1] https://abcnews.com/US/lou-pearlman-backstreet-boys-nsync-lure-people-massive/story?id=67630954 (dostęp z dnia 10.09.2026)
[2] https://www.latimes.com/archives/la-xpm-1999-jan-24-ca-980-story.html (dostęp z dnia 10.09.2026)
[3] https://www.theringer.com/2019/05/16/music/backstreet-boys-millennium-20th-anniversary-boy-bands-nsync (dostęp z dnia 10.09.2026)
[4] https://www.eonline.com/news/1028944/n-sync-vs-backstreet-boys-the-true-story-behind-their-epic-boy-band-rivalry (dostęp z dnia 10.09.2026)
[5] https://ruj.uj.edu.pl/entities/publication/726ee5ea-26a6-4033-9f43-d01335bbd3b7 (dostęp z dnia 10.09.2026)
[6] https://ruj.uj.edu.pl/entities/publication/a0685a03-0986-4683-8d1d-7776e9308b18 (dostęp z dnia 10.09.2026)
[7] https://ejournal.ukm.my/3l/article/view/55279/0 (dostęp z dnia 10.09.2026)
[8] https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0736585324000479 (dostęp z dnia 10.09.2026)
[9] https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0747563211002317 (dostęp z dnia 10.09.2026)
[10] https://www.washingtonpost.com/entertainment/music/2026/07/05/is-he-most-important-music-critic-dont-ask-pop-fans/ (dostęp z dnia 10.09.2026)
[11] https://www.washingtonpost.com/opinions/2020/06/11/surprised-seeing-k-pop-fans-stand-up-black-lives-matter-you-shouldnt-be/ (dostęp z dnia 10.09.2026)
Poprzedni artykuł
Następny artykuł
Klaudia Jaroszewska-Kotradii – multipasjonatka, która nie potrafi usiedzieć w miejscu. Zafiksowana na punkcie rozwoju i zdobywania wiedzy wszelakiej. Prywatnie mama, żona i kreatywna dusza, która na równi uwielbia Sanah i The Hardkiss.














