- Nigdy nie płakałem i nie będę płakał po przegranym meczu. Co to za powód? Jaka tragedia? Idźcie na onkologię, zobaczycie prawdziwą tragedię, gdy ludzie umierają - mówił w dokumencie "Nie macie k…a pojęcia" pełen pasji Luis Enrique, szkoleniowiec Paris Saint-Germain. Słowa te wydają się zwykłym truizmem, ale wypowiadane przez Hiszpana nabierają znacznie mocniejszego wyrazu. Doświadczony szkoleniowiec przeżył tragiczną śmierć dziewięcioletniej córeczki Xany, która w ciągu kilku miesięcy przegrała walkę z nowotworem.
High Five: pięć najciekawszych wydarzeń w polskim rapie w minionym miesiącu [maj 2026]
Maj jeśli chodzi o premiery w polskim rapie zdecydowanie "dowiózł". Sprawdźcie w nowym wydaniu High Five, co ciekawego przyniosły nam ostatnie tygodnie.
05.06.2026
Jakub Wojakowicz
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Miesiąc premier
Pod kątem istotnych wydarzeń w polskim rapie niezwiązanych z premierami kolejnych płyt, kwiecień dostarczył nam mnóstwo emocji i powodów do dyskusji. Nieporównywalnie spokojniejszy był w tej kwestii maj (przy całym szacunku dla Fryderyków), ten jednak zupełnie odwrotnie – “dowiózł” w kwestii premier. Zarówno dla mainstreamu, jak i underu. Były powroty legend, wyczekiwane premiery i jak to zwykle bywa, nieco ukryta perełka. Zapraszam więc na kolejne wydanie High Five i zachęcam, zarówno do zerknięcia na poprzednie odsłony, jak i do śledzenia serii, która jeśli tylko chcecie być na bieżąco z polskim rapem, jest dla was punktem obowiązkowym.
Alcomindz domykają trylogię
Co do rzeczywistego ojcostwa trapu w Polsce można prowadzić dywagacje i gdybym określił tym mianem Alcomindz, bez uwzględnienia tego disclaimera prawdopodobnie wiele osób zaczęłoby kręcić nosem. Umieszczenie ekipy z Torunia pośród pionierów tej muzyki w Polsce nie budzi jednak żadnych wątpliwości. Charakteryzujący się od samego początku dużym luzem, poczuciem humoru, a przede wszystkim podstaw leżących u muzyki trap, a nie jedynie zapożyczeniem jej estetyki, do dziś dla wielu osób pozostaje niedoścignionym wzorem. Szczególnie w historii zapisał się mixtape “Wódka, Kurwy & Sianokosy”. To tam jedne ze swoich pierwszych kroków stawiał zresztą Bedoes 2115 w utworze “Suchej mje dziwko”, a niemałym hitem stał się “Stifłonda (Nah! Nah!)” odciskając piętno na kolejne pokolenie traperów w Polsce. W międzyczasie ukazała się druga część mixtape’u, a 23 maja, czternaście lat od premiery “jedynki” Alcomindz domknęli trylogię, trzymając się tak samo jak ponad dekadę temu ziomalskiego, celowo chałupniczego stylu. Co jednak najważniejsze nie opuścili przy tym poziomu, za co po tylu latach należą się ogromne gratulacje.
Biak i Qzyn nagrali kolejny klasyk podziemia
Podsumowując marzec w High Five napisałem o tym, że Biak i Qzyn nadal “to” mają. Na próbce dwóch singli, jakimi były wówczas “Gra warta świeczki” i “Q mi powiedział” dużo prościej jednak utrzymać takie wrażenie, niż w przypadku całej płyty. Szczególnie, gdy szumnie obwieszcza się ją kontynuacją albumu, który dla wielu jest współczesnym klasykiem podziemia. Na “JOCC 2” duetowi udała się niezwykle trudna sztuka rozwinięcia formuły, przy jednoczesnym niewywracaniu wszystkiego do góry nogami. Jest bardziej stylowo, wiatr w skrzydłach po sukcesie “Jasnego Obrazu Ciemnych Czasów” jest bardzo wyczuwalny zarówno w tekstach i pewności siebie na mikrofonie Biaka, jak i w bitach Qzyna, które wskoczyły na kolejny poziom jeśli chodzi o repeat value. Zaproszeni goście, w tych bardziej braggowych numerach tylko umacniają wrażenie zwycięskiego okrążenia. To co jednak najbardziej zwraca uwagę, to rodzinne introspekcje, szczere i brutalne, do poziomu wręcz fizycznego bólu w przypadku “Możesz iść” czy “Niedopałków”. W moich oczach drugi raz z rzędu Biak i Qzyn nagrali klasyk w dniu premiery. A to w polskim rapie praktycznie się nie zdarza.
Guest Julka, o której nie słyszeliście, a powinniście
Polska rapowa scena kobieca, która od kilku lat przeżywa największy w historii rozkwit w mainstreamie, rozwija się bardzo intensywnie także w podziemiu, czego najlepszym dowodem jest debiutancki album Guest Julki, zatytułowany “Melanż”. Znana do tej pory z klimatów onirycznego lo-fi i hip-house’u, Julka na debiucie pokazała pewien wachlarz umiejętności stawiając na żywe, jazz-rapowe podkłady r_mvchy. W ich otoczeniu swobodne i giętkie flow Julki prezentuje się najlepiej w jej dotychczasowej karierze, już w tym momencie stawiając ją w ścisłej topce raperek w Polsce. Szczególnie zaskakujące jest to, że Julka prezentuje się najbardziej efektownie w nieco bardziej zgryźliwym, czy wręcz momentami agresywnym stylu, z którego zdecydowanie jej nie znaliśmy do tej pory. “KROMA” czy “Trueschool” to zdecydowanie najjaśniejsze punkty tej płyty, a sam “Melanż” to po prostu jedno z najlepszych wydawnictw, jakie polski rap przyniósł nam w tym roku. I mam przeczucie, że jednym z tych, które nie dostaną należnej swojemu poziomowi atencji. Chcę się jednak mylić i chętnie dołożę do swojej pomyłki cegiełkę. Koniecznie sprawdźcie “Melanż”.
Mata i domknięcie czteroletniego rolloutu
Rollout albumu “MATA#2040” przejdzie z pewnością do historii, chociażby ze względu na to, że trwał ponad cztery lata. Opinie co do tego, jak wypadł są w zasadzie podobne do recenzji albumu. Słuchacze, nawet ci, którzy pojawili się na koncertach na PGE Narodowym zarzucają Matczakowi chaos, brak konsekwencji i sugerują jego artystyczne zagubienie. I choć od początków kariery Maty nie byłem jego fanem (choć podekscytowany wizją realizacji ogromnego potencjału jaki zaprezentował na debiucie), w kontekście najnowszego albumu będę go nieco bronił. CD1 jest udanym projektem, zarówno na poziomie singli, jak i nowych utworów na płycie (“BRAKUJE MI MATY”, “hiszpańska inkwizycja”). I choć faktycznie, kolejne 2CD wypadają słabiej, szczególnie jeśli chodzi o nowości, to “MATA#2040” bardziej niż nowym wydawnictwem jest zapisem drogi. Kilku burzliwych lat zarówno muzycznie, jak i wizerunkowo, podczas których wiele osób zdążyło się Matą zachwycić i zawieść. I zależnie od tego kogo spytasz będą to zupełnie inne momenty. Z mojej perspektywy otrzymaliśmy od niego sporo bardzo dobrych numerów, trochę słabych i z pewnością nie powiedziałbym, że Mata jest zagubiony artystycznie. Zwyczajnie robi tylko to, na co muzycznie ma ochotę. I w dobie skrupulatnego planowania każdego kaszlnięcia doskonale go rozumiem.
SKOK – supergrupa, której nikt się nie spodziewał
Jak pewnie większość osób spodziewałem się, że gdy będę w High Five pisał wreszcie o supergrupie, to będzie to przy okazji powrotu OIO. Ewentualnie na zapowiadanej od dawna płycie Sokoła i Pezeta. SKOK to połączenie, którego nikt się nie spodziewał. Sokół, Kukon i Gicik A’Mane to postaci z zupełnie różnych środowisk, tworzący w innym stylu, także o zupełnie różnej skali rozpoznawalności. Jeśli miałbym szukać jakiegoś punktu zaczepienia dla tego projektu, będzie to “Nie da na da” Sokoła, nagrane wspólnie z całą Hewrą. Eksploracja tego eksperymentalnego lotu kontynuowana jest wiele lat później na SKOK-u. I choć szczerze mówiąc mnie po dwóch singlach ten projekt absolutnie nie zachwyca, to warto zwrócić na niego uwagę właśnie jako zjawisko. Po pierwsze, jako na projekt niepodyktowany koniunkturą. Po drugie, jako wyjście ze strefy komfortu, i co tu dużo mówić ryzyko, tak pomnikowej postaci jak Sokół. A po trzecie, jako potencjalny zwiastun czegoś o czym mówi się od dawna, czyli o powrocie ery supergrup. Kto wie, może SKOK okaże się tą jedną, bardzo dziwną, jaskółką, która akurat uczyni wiosnę?
Poprzedni artykuł
Następny artykuł












