"Blonde" trafiło na streamingi 20 lipca 2016 roku. Dzisiaj, dekadę po premierze, fascynacja projektem ani trochę nie opadła. Oto cztery ciekawostki związane z tą wyjątkową płytą.
25 lat temu w odstępie zaledwie tygodnia ukazały się dwie płyty, które wywróciły świat metalu do góry nogami i po których nie był on już taki sam. Po tych albumach System of a Down i Slipknot na stałe zapisały się w jego historii. Przypomnijmy sobie okoliczności ich powstania i to jaki wywarły wpływ na późniejsze pokolenia.
24.08.2026
Krzysztof Szyc
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Nu metal na szczycie
Były to jedne z najbardziej wyczekiwanych premier roku w metalowej muzyce. Koniunktura na ciężkie granie była bardzo silna, a MTV uginało się od kolejnych nu-metalowych klonów Korna i Limp Bizkit. W 2001 roku nu metal przestał być undergroundową ciekawostką z potencjałem na mainstreamowy sukces, a stał się ważnym zjawiskiem popkulturowym.
Wydane rok wcześniej “Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water” Limp Bizkit czy “Hybrid Theory” Linkin Park, ale również szereg innych albumów sprawiły, że zespoły, które wcześniej funkcjonowały w głębokim półświatku, nagle zaczęły dyktować warunki w mainstreamie. W takich okolicznościach do nagrań swoich drugich długogrających albumów przystępowały Slipknot i System of a Down.
Przebić debiut
Dziewiątka z Des Moines miała wówczas wiele do udowodnienia. Ich pierwszy album szybko wprowadził ich do pierwszej ligi metalowych debiutantów, a image z przypisanymi numerami, maskami i kombinezonami przykuwał uwagę nawet jak na nu-metalowe standardy. Do tego dochodziły występy na żywo, będące esencją nihilistycznej agresji i kontrolowanego chaosu. Gdy dziewięciu zamaskowanych gości wychodziło na scenę, można było odnieść wrażenie, że publiczność ma przed sobą gang odszczepieńców, który być może nie jest niebezpieczny, ale z pewnością nieobliczalny. Mimo to scena roiła się wówczas od mocnych debiutantów, a historia nu metalu obfituje w zespoły, które nie zdołały przebić sukcesu pierwszej płyty.
System of a Down z drugiej strony nie wdarł się na scenę aż takim szturmem jak Slipknot. Pierwszy krążek uzyskał status złotej płyty dopiero po dwóch latach intensywnego koncertowania. Muzycy, wywodzący się z ormiańskiej mniejszości Los Angeles, wnosili do sceny powiew awangardy i dziwności, który łączył się z ich intensywnym graniem. Tak jak teksty Slipknota skupiały się głównie na wewnętrznych emocjach, tak System często poruszał tematy społeczne i polityczne, ubierając je w absurdalne metafory.
Co ich łączy?
To, co łączyło obie grupy, to chęć zdystansowania się od nu-metalowej łatki. Rzeczywiście trudno porównać oba zespoły do któregokolwiek z przedstawicieli nu-metalowej szarzyzny. Mimo, że zespoły mocno skorzystały na całym ruchu i koniunkturze wokół gatunku, udało im się wypracować własny, oryginalny styl, który częściej był kopiowany, niż sam stanowił kalkę czegoś, co już istniało. System od reszty odróżniały ormiańskie elementy, z kolei Slipknota – niespotykana wcześniej intensywność.
Kolejną rzeczą, która przyczyniła się do popularności obu zespołów, był festiwal Ozzfest. To objazdowe święto muzyki metalowej, sygnowane imieniem Ozzy’ego Osbourne’a, ochoczo promowało nowe zespoły na swoich scenach. Zarówno System of a Down, jak i Slipknot wykorzystały swoją szansę.
Trzecim elementem, który łączył te grupy, to bycie outsiderem. Wprawdzie SOAD narodził się w centrum przemysłu muzycznego Los Angeles, jednak ich ormiańskie pochodzenie nie pasowało wówczas do żadnego schematu. Odstawali kulturowo od reszty, co dało się we znaki, gdy próbowali zdobyć kontrakt na pierwszą płytę. Z kolei Slipknot pochodził z Des Moines, które pod kątem przemysłu rozrywkowego w żadnym stopniu nie było Miastem Aniołów ani Nowym Jorkiem, a do najbliższego Chicago było około 500 kilometrów. Generalnie nie było to miejsce, w którym szukało się przyszłych gwiazd największych scen świata.
Przepis na sukces? Być jeszcze cięższym
Może dlatego ich drugi album wziął nazwę od rodzimego stanu – “Iowa”. Był to mocny statement: stąd jesteśmy i wszystko, co w nas jest, pochodzi właśnie z tego miejsca. A, jak się okazuje, w muzykach było bardzo dużo. Po sukcesie debiutu można było pójść w dwóch kierunkach. Można było nagrać bardziej przyjazną radiu płytę bądź powielić schemat z pierwszej. Slipknot wybrał opcję numer trzy, czyli zrobić coś jeszcze cięższego niż wcześniej.
Miało to dwa podłoża. Po pierwsze, grupa nie musiała już starać się o mainstream, bo sama stała się jego częścią. Można było więc pójść o krok dalej. Po drugie, atmosfera w zespole była bardzo ciężka. Przy dziewięciu członkach i ciągłym koncertowaniu trudno było utrzymać wszystko w ryzach, zwłaszcza jeśli muzycy tonęli w używkach.
Producentem został ponownie Ross Robinson, znany ze swojego empirycznego podejścia, którym zasłynął, produkując debiuty Korna czy Limp Bizkit. Udało mu się przekuć ten trudny okres w siłę, z której znany jest album. Legendą obrosła historia, według której produkował płytę ze złamanymi plecami po wypadku na motocrossie. Ból zawarty na krążku nie był jedynie egzysentcjonalny ale również fizyczny.
Rezultat był taki, że drugi album Slipknota był jeszcze bardziej nihilistyczny i wyniszczający niż debiut, a całość otwierają blasty i deathmetalowe ryki. Mimo promowania albumu bardziej przystępnymi numerami w rodzaju “Left Behind” czy “My Plague”, to w uszach fanów na stałe zagościły utwory niesinglowe, takie jak otwierające “People = Shit” czy “Disasterpiece”. Metoda okazała się skuteczna, ponieważ płyta skończyła na trzecim miejscu Billboardu.
Polecamy na eBilet.pl
Okiełznać demona
Sytuacja w System of a Down wyglądała nieco inaczej. Zespół nie był w tak fatalnych relacjach, a główny kompozytor Daron Malakian rzucił się w twórczy wir, przygotowując z myślą o albumie ponad 40 kompozycji, z czego 33 zostały nagrane. Duża część z nich wyciekła do internetu, co później zespół oficjalnie wykorzystał, wydając je jako “Steal This Album!”, a na “Toxicity” znalazło się 14 kompozycji.
Podobnie jak w przypadku Slipknota, było w tych utworach dużo gniewu, jednak nie był on skierowany do wewnątrz, lecz bardziej na zewnątrz. Tematyka tekstów ponownie skupiała się na sprawach społecznych i politycznych. “Toxicity” nie jest albumem, po którym jasno stwierdzilibyśmy, że zespół poszedł na kompromisy. Raczej nie był już tak nieokiełznany, a utwory stały się bardziej konkretne.
I tak jak w przypadku Slipknota niesinglowe utwory stały się hitami, tak w przypadku Systemu piosenki przeznaczone do promocji – “Aerials”, utwór tytułowy i “Chop Suey!” – spełniły swoją rolę w stu procentach. Każdy z tych utworów jest niepowtarzalny i ma w sobie element wielkiego, hymnowego refrenu, co było aż nadto odczuwalne podczas ostatnich koncertów Ormian w naszym kraju.
Tak jak u Slipknota, zespół zdecydował się kontynuować współpracę z producentem debiutu, czyli Rickiem Rubinem, którego uduchowione podejście pomogło zespołowi osiągnąć założone cele. Jedną z anegdotek jest fragment “Chop Suey!” przed ostatnim refrenem, do którego Serj Tankian nie miał tekstu. Rubin powiedział, by wziął książkę, otworzył ją na przypadkowej stronie i wybrał pierwsze frazy, które zobaczy. I tak już zostało. “Toxicity” wspięło się na pierwsze miejsce Billboardu.
Widmo 9/11
Obie płyty ukazały się tydzień po sobie. “Iowa” 28 sierpnia, a “Toxicity” 4 września. Chwilę później wydarzyły się ataki z 9/11 — wydarzenie, które zmieniło sposób postrzegania nie tylko amerykańskiej polityki, ale również amerykańskiej kultury. Twórcy nie mieli żadnego prawa przewidzieć, co się wydarzy. Obrazowały jednak stan niepokoju i obaw o kierunek, w którym zmierza świat, a ich premiery zbiegły się z wydarzeniem, które stało się katalizatorem tych nastrojów.
Z praktycznego punktu widzenia ataki pokrzyżowały plany promocyjne. Slipknot i System of a Down mieli wyruszyć 14 września na wspólną trasę Pledge of Allegiance. Miało to być główne tournee promujące oba albumy, które miało pchnąć sprzedaż w chwili premiery. Ostatecznie trasa ruszyła tydzień później, a część koncertów przeniesiono lub odwołano. Samo uruchomienie trasy w tak niedługim czasie od ataków dodaje jej dramaturgii.
Pomimo tego płyty sprzedawały się znakomicie. Nie zachwiało tym nawet nierekomendowanie grania “Chop Suey!” w radiach ze względu na frazę “self-righteous suicide” oraz opublikowany w internecie chwilę po atakach tekst Serja Tankiana “Understanding Oil”, w którym próbował zanalizować przyczyny zamachów. Będące w szoku amerykańskie społeczeństwo przyjęło go bardzo negatywnie, Tankian dostawał nawet groźby śmierci. Po latach wokalista wspomniał, że był to najbardziej stresujący moment w jego życiu
Albumy legendy
Obie płyty były w swoich kategoriach dziwne i ekstremalne, a mimo to znalazły się w centrum kultury popularnej. Rzesze nastolatków ustawiały się w kolejce po albumy, które jeszcze kilka lat wcześniej uznałyby za zbyt ciężkie. Można sobie zadać pytanie, czy był to triumf metalu, czy moment zatracenia jego kontrkulturowej tożsamości.
To już kwestia subiektywna, jednak pewne jest, że te płyty przetrwały nu-metalową epokę i zbudowały własne dziedzictwo poza jej otoczką. Tysiące późniejszych metalowców patrzą na “Iowę” jak na klasykę metalu, a zainteresowanie ostatnimi koncertami System of a Down pokazuje, że “Toxicity” stało się głosem pokolenia.
Poprzedni artykuł
Następny artykuł












