Szykujcie się na wieczór pełen blackmetalowych brzmień! Behemoth, Dimmu Borgir i Dark Funeral już jesienią opanują Katowice.
Rose Tattoo to żywa legenda rock’n’rolla, której dziedzictwo jest doskonale znane zarówno w rodzimej Australii, jak i w innych częściach świata. Angry opowiedział nam o przeszłości zespołu i zdradził plany na nadchodzący koncert w Polsce, który odbędzie się w ramach pożegnalnej trasy "One Last Ride".
29.05.2026
Martyna Kościelnik
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Martyna Kościelnik: Macie ponad 50 lat doświadczenia koncertowego! Jak uważasz, co jest twoim przepisem na długowieczność? Co sprawia, że macie nadal tyle energii scenicznej?
Angry (Rose Tattoo): Cóż, niedługo kończę 80 lat, więc pewnie wiele osób się nad tym zastanawia. To po prostu formuła, która według mnie odnosi się do samego życia – tego, jak postrzega się własną egzystencję i patrzy się na otaczający świat. Na Facebooku krąży teraz taki zabawny mem: facet siedzi w restauracji i mówi do kogoś “wiesz, to naprawdę dziwne, ale jestem w tym samym wieku, co ci wszyscy ludzie”. I właśnie o to chodzi – to wszystko kwestia nastawienia. Życie nie jest ani łaskawe, ani okrutne. Życzymy sobie nawzajem życzliwości, a nie okrucieństwa, bo to drugie po prostu nie leży w naszej naturze. Życzymy sobie więc tylko tego, co dobre, ale jednocześnie mamy świadomość, że by wieść prawdziwe, produktywne życie z określonym celem, musimy doświadczyć też pewnej dawki bólu. To konieczne. Wracając do odpowiedzi – wszystko sprowadza się do nastawienia, tej pozytywnej energii, jaką ma się do swojego życia. Powinniśmy pamiętać, by nie nadużywać przywileju, jakim jest samo istnienie. Bardzo się nad nim skupiam, bo nadeszła już jesień mojego życia. Staram się po prostu nie marnować czasu, jaki mi pozostał.
Wracając do przeszłości – stawialiście swoje pierwsze kroki pod koniec lat 70. i w pewnym sensie przyczyniliście się do kształtowania rock’n’rollowej sceny. Jak wspominasz te początki? Czy uważasz, że wtedy było łatwiej zabłysnąć i wybić się twórczo? A może teraz są bardziej sprzyjające warunki?
Martwię się o nowych artystów, ponieważ branża muzyczna w czasach mojej młodości była bardziej sprawiedliwa, chociaż wtedy tego nie czuliśmy. Gdy ktoś miał coś do zaoferowania w muzyce, dostawał za to uznanie. Ceniono wytrwałość, pisanie kawałków i dawanie świetnych występów. W dzisiejszych czasach… nie sprzedaje się tylu rzeczy, co kiedyś. Wiesz, sukces opierał się na dwóch rzeczach – tym, czy ktoś kupił twój produkt, to znaczy płytę lub kasetę, a teraz wszystko sprowadza się do streamingu. Branża zmieniła się więc diametralnie i myślę, że dla ludzi, którzy chcą się z tego utrzymać, to już jest zupełnie inna bajka.
Gdy zaczynaliśmy z Rose Tattoo, to było około 1975 roku, byliśmy inni niż to, co działo się wokół w świecie muzyki. W tamtym czasie w Australii królował pop czy glam, a my podążaliśmy w zupełnie innym kierunku. Pochodziliśmy z klasy robotniczej, większość z nas dorastała w biedzie, jeśli chodzi o finanse, w cięższych dzielnicach miasta. Takie środowisko w pewnym sensie kształtuje charakter. Musisz być kimś odpornym, nie martwiąc się tym, czy pasuje się do tłumu. Tak jest z muzykami – gdy połączyliśmy siły, stworzyliśmy pewnego rodzaju kolektyw. Nasze pochodzenie i dzieciństwo sprawiły, że byliśmy niezwykle twardzi i bardzo w siebie wierzyliśmy. Wierzyliśmy też w muzykę, którą graliśmy i na szczęście los nam się odpłacił. Po czterech czy pięciu latach ludzi przestał szokować nasz repertuar i zaczęli po niego sięgać. Ale w tamtych czasach było ostro. Na scenie byliśmy totalnie dzicy, ale to dlatego, że to, co robiliśmy, bardzo różniło się od reszty.

Co powiedziałbyś młodszemu sobie, który dopiero wkracza w świat muzyki? Co jest najważniejszą lekcją, którą wyniosłeś z tego ogromnego doświadczenia?
Oj, to trudne pytanie. Cóż, muzyka to nie wszystko. Istnieje pewna część tego procesu, która jest po prostu czystym interesem. I akurat to jest ta jedna rzecz, której młodzi artyści są w dzisiejszych czasach bardziej świadomi. Gdy stawialiśmy swoje pierwsze kroki jako zespół, było to 50 lat temu, pod koniec roku stuknie nam półwiecze i to dobra okazja, by pożegnać się ze sceną. W tamtych czasach wciąż żywy był duch rock’n’rolla z lat 50. Chodziło o tworzenie muzyki dzikiej, niebezpiecznej, ale dającej tym samym niesamowitą frajdę, by ludzie tańczyli, śpiewali i celebrowali młodość. Dorastałem, gdy popularność zdobywali ci wszyscy wielcy artyści, którzy zapoczątkowali rock’n’rolla, czyli Eddie Cochran, Gene Vincent, Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Buddy Holly i Little Richard. Byłem tym szczęśliwcem, który mógł przeżyć tę erę. Podchwyciliśmy to i przemieniliśmy na coś własnego.
Myślę, że niewiele w swoim życiu żałuję. Nie żałuję też zbyt wielu rzeczy, jeśli chodzi o sam zespół. Zwłaszcza wtedy, gdy pojechaliśmy do Ameryki, mieliśmy okazję wracać tam rok po roku, jak to robiły inne kapele, na przykład AC/DC. Pamiętam, jak nam wtedy mówili: “słuchajcie, w Ameryce jest naprawdę ciężko, ale musicie się po prostu spiąć i przetrwać, jasne?”. Tak samo było z Europą. Zajęło nam kilka lat, by ta publiczność nas zaakceptowała, z tych samych powodów, że nigdy nie widzieli niczego takiego jak my, nigdy nas nie słyszeli. Myślę, że jedną z rzeczy, które bym doradził młodszemu sobie, to dobry management, który naprawdę dba o artystów i jest bardzo świadomy możliwości, jakie daje branża.

Rose Tattoo ma na swoim koncie masę albumów, a ostatni z nich został wydany w 2020 roku. Czy pożegnanie ze sceną jest równoznaczne z pożegnaniem z tworzeniem płyt? Macie jakieś plany wydawnicze?
Pracujemy nad albumem, który ma być naszym pożegnalnym wydawnictwem, zanim definitywnie opuścimy scenę. Ale to nie będzie nasz ostatni album. Mamy tak wiele dobrych pomysłów, że starczyłoby ich na znacznie więcej niż tylko jedną płytę. Właśnie piszemy nowy materiał. Jedną z zalet technologii jest to, że bardzo ułatwia nagrywanie. Możemy zrobić naprawdę dobre nagrania bez wydawania góry pieniędzy na studio i tym podobne rzeczy. A nasze płyty od zawsze były bardzo surowe, więc nie ma czego “szlifować”. Mamy dużo kawałków, a nagramy krążek w przyszłym roku. To z kolei rodzi kolejne pytanie – jeśli ten album odniesie sukces, to przypuszczam, że powinniśmy rozważyć zorganizowanie jakiejś specjalnej trasy koncertowej. Musimy wziąć to pod uwagę. To, z czego tak naprawdę rezygnujemy, przechodząc na muzyczną emeryturę, to regularne granie tydzień w tydzień przez większą część roku. Poza tym umówmy się – 50 lat to po prostu idealny moment na taki krok. Pół wieku to szmat czasu!
Polecamy na eBilet.pl
Z pewnością masz wielu artystów, którymi się inspirowałeś, gdy zaczynałeś swoją muzyczną ścieżkę, ale z biegiem czasu to twoja twórczość stała się źródłem weny dla innych muzyków. Wliczani są w to nawet Guns N’ Roses, którzy regularnie grają na koncertach “Nice Boys”. Jakie to uczucie, gdy słyszysz, że inny zespół bierze na warsztat wasz repertuar i aranżuje go swojemu?
Myślę, że to po prostu świetny komplement, może nawet i największy, jaki można dać. Ktoś naprawdę sławny kiedyś powiedział, że naśladownictwo i kopiowanie jest największym komplementem. Nawet sam o tym rozmawiałem z chłopakami z Guns N’ Roses, gdy jeździliśmy razem w trasy. Byli wobec nas bardzo życzliwi i darzyli nas uznaniem. Opowiadali, że gdy pierwszy raz na początku lat 80. zobaczyli nas w Ameryce podczas naszej trasy z Aerosmith, to patrząc na nasz wizerunek pomyśleli, że jesteśmy właśnie tymi, którymi warto się zainspirować. Muzycznie czerpali z nas już wcześniej, ale do tamtego momentu znali nas tylko ze zdjęć i nie widzieli nas na żywo na scenie. Zainspirowali się po części tym, jak wyglądali, ale dodali do tego własny, hollywoodzki look. To nie był taki do końca typowy glam rock, ale oni przywiązywali znacznie większą wagę do swojego wyglądu, podczas gdy my wyglądaliśmy po prostu jak ludzie z ulicy. Druga sprawa jest taka, że my nie piszemy popowych piosenek, podczas gdy Gunsi i inne zespoły wymieniające nas jako swoją inspirację, mają na swoim koncie naprawdę chwytliwe kawałki, które trafiają do znacznie szerszej publiczności. Więc tak, uważam, że to ogromny komplement, gdy słyszy się takie słowa od innych.
Pamiętam pewną konferencję prasową tutaj w Australii. Slash powiedział, że gdyby nie Rose Tattoo, nie byłoby Guns N’ Roses. To znaczy… oni byli już wtedy zespołem lub próbowali go założyć. Byli wtedy bardzo młodzi, ale od początku było wiadomo, że będą świetni. Chodziło mu po prostu o to, że Gunsi, a także inne kapele z Ameryki, jak Skid Row czy L.A. Guns to naprawdę świetne rock’n’rollowe zespoły, które czerpały z nas inspirację, dokładnie tak samo, jak my kiedyś czerpaliśmy ją z innych. I o to w tym chodzi. Ale to bardzo nam schlebia, gdy wiemy, że ktoś odniósł sukces dzięki takim wpływom. Ale wiesz, bez prawdziwego talentu wpływy nic nie znaczą. To prawdziwy talent zbudował ich popularność. Oni po prostu czerpali inspiracje, tak jak my, od wczesnych rock’n’rollowców.
Rose Tattoo to prawdziwy zespół rock’n’rollowy, w tym sensie, że gramy muzykę, która nazywa się swingiem. Ona niesamowicie buja, ma to coś, co miał wczesny Elvis, Little Richard czy Jerry Lee Lewis – ten klimat honky-tonk. Jest tyle świetnych kapel, które grają w ten sposób. Spójrz na Status Quo. To kolejny zespół, który niesamowicie swinguje, rozumiesz?
Ale tak, wracając do wpływów – pamiętam słowa Pete’a Wellsa, gdy zakładał Rose Tattoo. Powiedział mi kiedyś: “O tym, czy odnieśliśmy sukces, dowiemy się po latach”. Jeśli 20 lat po napisaniu piosenki ludzie wciąż chcą jej słuchać i wciąż śpiewać jej słowa – wtedy wiesz, że zrobiłeś świetną robotę, bo napisałeś dobry utwór. Więc kiedy Guns N’ Roses nagrali cover “Nice Boys”, dotarło do nas, że to naprawdę świetny kawałek.
Jakie są inne australijskie zespoły, które poleciłbyś słuchaczom z całego świata?
No cóż, przede wszystkim jeden z najlepszych zespołów rock’n’rollowych na świecie, czyli AC/DC! Ale z dawnych czasów poleciłbym jeszcze Cold Chisel albo The Angels, z którym graliśmy na scenach. Z współczesnych jest Willie J’s 6v6s, który składa się z czterech osób i gra naprawdę dobry rock and roll. Polecam też Hot Machine, zespół złożony z samych dziewczyn, który również grał z nami jako support. Jednym z moich ulubionych zespołów jest też ten, z którym koncertowaliśmy kilka lat temu, czyli Thunder Mother z Niemiec, w którym też grają same dziewczyny. Lubię kobiece zespoły, ale nie dlatego, że to kobiety, tylko po prostu są świetnymi artystkami. Thunder Mother jest ekstra. Ale niestety, jeśli chodzi o Australię, to wszystko poszło w inną stronę. To, co współcześnie powstaje na tej scenie, to głównie zespoły indie. Są trochę bardziej ciche, introwertyczne, nie robią tak przebojowego repertuaru jak my. Ale tak, podsumowując, Willie J’s 6v6s i Hot Machine to moi faworyci.
Już wkrótce zagracie w Polsce! To będzie wasz ostatni koncert w naszym kraju. Jaki set przygotowaliście dla fanów? Stawiacie na największe hity czy może macie w zanadrzu kawałki, których dawno nie graliście?
Mamy nadzieję, że uda nam się zagrać jedne i drugie. Wiesz, na festiwalach mamy set na 60 minut, a w innych przypadkach dostajemy 75 minut, więc może być więcej miejsca na jeden lub dwa kawałki. Staramy się wybrać to, co najlepsze z każdego albumu, czyli te, z którymi jesteśmy utożsamiani, takie jak “Rock and Roll Outlaw” z pierwszego albumu, “Bad boy for love”. Dorastaliśmy, grając w pubach, gdzie ludzie mogli pić piwo w kameralnej przestrzeni. Na wielkich festiwalowych scenach gramy inne kawałki, nie za dużo tych dynamicznych, bo na dużej przestrzeni gubi się ten klimat. Ale w klubach gramy niektóre z tych piosenek, które znają tylko prawdziwi fani, ci, co znają każdy utwór na pamięć, więc repertuar jest inny od tego festiwalowego.
Rose Tattoo rozgrzeje publiczność w krakowskim klubie Kwadrat! Koncert odbędzie się już 16 sierpnia pod szyldem trasy “One Last Ride”!
ROSE TATTOO
Poprzedni artykuł
Następny artykuł












