W jednym pokoju spotykają się fani, którzy znają Chivasa jak swojego najlepszego przyjaciela. Problem w tym, że jedna osoba tylko udaje i próbuje przetrwać kolejne rundy bez zdemaskowania.
Trzeci dzień OFF Festivalu. Nie chcieliśmy, żeby to się kończyło
Trzeci dzień festiwalu zawsze jest trochę inny. Nogi przypominają już o kilometrach zrobionych między scenami, głos powoli odmawia posłuszeństwa, a człowiek zaczyna podejmować poważne życiowe decyzje w rodzaju: kolejny koncert czy piętnaście minut siedzenia na trawie? Na OFF-ie dochodzi do tego jeszcze jedno uczucie. Świadomość, że za kilka godzin wszystko się skończy. Dlatego w niedzielę nigdzie nie chciało się specjalnie spieszyć.
10.08.2026
Jacek Stasiak
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Zaskoczenia i zachwyty trzeciego dnia OFF Festivalu
Jedno z największych zaskoczeń przyszło stosunkowo wcześnie. Współgłosy były cichym headlinerem niedzieli. A być może jednym z najważniejszych koncertów całego tegorocznego OFF Festivalu. Bez gigantycznej scenografii, fajerwerków i nazwiska wypisanego największą czcionką na plakacie. Zamiast tego była absolutna szczerość.
Projekt Marcela Balińskiego połączył jazzowe trio ze wspaniałym, przepięknie brzmiącym chórem. Ale podczas koncertu wszystkie definicje szybko przestawały mieć znaczenie. Głosy spotykały się z improwizacją, instrumenty prowadziły z nimi nieustanny dialog, a jazz przestawał być gatunkiem, który trzeba próbować nazwać. Zostawała po prostu muzyka.
Polecamy na eBilet.pl
Kilka godzin później przyszło spotkanie z muzyczną historią. Johnny Marr nie potrzebuje specjalnego przedstawienia. Gitarzysta The Smiths należy do tych muzyków, których wpływ słychać w twórczości kolejnych pokoleń gitarowych zespołów. Na żywo jeszcze łatwiej było zrozumieć dlaczego. Nie było w tym koncertowego muzeum ani nerwowego spoglądania w przeszłość. Marr grał z lekkością człowieka, który niczego już nie musi nikomu udowadniać. Stare spotykało się z nowym, a muzyka, która dla wielu jest częścią historii alternatywy, na chwilę znów stawała się czymś bardzo teraźniejszym. OFF ma zresztą wyjątkowy talent do takich spotkań: legendy obok artystów, którzy dopiero zaczynają pisać własną historię.

A potem wszelkie próby oszczędzania energii można było oficjalnie zakończyć. Amyl and the Sniffers pojawili się na Scenie Głównej i od pierwszych chwil było wiadomo, że taryfy ulgowej nie będzie. Australijczycy grają punk tak, jakby właśnie dowiedzieli się, że został im ostatni koncert na świecie. Szybko, bezczelnie, brudno i przede wszystkim niewiarygodnie żywo. Amy Taylor jest dokładnie takim rodzajem frontwoman, od której trudno oderwać wzrok. Nie potrzeba tu wielkich konstrukcji, skomplikowanych wizualizacji ani szukania drugiego dna. Jest gitara, krzyk, pot i energia przepływająca między sceną a publicznością. Czasem właśnie tyle wystarczy. Szczególnie trzeciego dnia festiwalu.
Zupełnie inną drogą poszedł Deafheaven. Jeśli Amyl and the Sniffers wyrzucili wszystkie emocje na zewnątrz, Amerykanie skierowali je do środka. Ich muzyka od lat żyje gdzieś pomiędzy pięknem a hałasem, melodią a ekstremum, spokojem a momentami, w których wszystko rozpada się pod ciężarem gitar. Na Scenie ORLEN te dwa światy znów spotkały się ze sobą. Chwile niemal hipnotyczne ustępowały miejsca kolejnym ścianom dźwięku. To nie był koncert, który miał przyjemnie płynąć gdzieś w tle ostatniego wieczoru. Deafheaven domagali się uwagi.
Polecamy na eBilet.pl
Ale niedziela po raz kolejny udowodniła, że OFF najlepiej smakuje wtedy, kiedy nie przywiązuje się człowieka do jednej sceny. Sw@da x Niczos pokazali, jak świeżo może zabrzmieć muzyka czerpiąca z lokalnej tradycji, kiedy zamiast zamykać ją w muzealnej gablocie, wrzuca się ją we współczesny świat. Nu Genea zabrała publiczność znacznie dalej na południe, w stronę funku, disco i śródziemnomorskiego luzu. Były również Niechęć, Ninajirachi, Rusowsky, LSD and the Search for God czy Sunny Day Real Estate, którzy domykali noc na Scenie Głównej. Kilkanaście minut spaceru po terenie wystarczało, by znaleźć się w zupełnie innym muzycznym świecie. I chyba właśnie za tę nieprzewidywalność OFF kocha się najbardziej.
Poprzedni artykuł
Następny artykuł












