W nowym odcinku podcastu Scena Główna nowość. Gośćmi podcastu byli Franek Warzywa i Młody Budda, duet znany jako vgtbl.pl.
Zespoły muzyczne, które wróciły… ale niezbyt udanie
Niektóre zespoły wiedzą, kiedy ze sceny zejść niepokonanym. Inne – próbują wrócić, odkurzyć stare przeboje i rozpalić dawny ogień. Czasem wychodzi z tego nostalgiczna podróż, czasem… coś, co przypomina raczej cień dawnej chwały. Nawet jeśli fani czekali latami na powrót ulubionej grupy, niekoniecznie będą zadowoleni z jej faktycznego powrotu. Dlaczego? Bo wszystko się zmienia: świat, ludzie, artyści i ich muzyka. Choć wciąż może przypominać dawny zespół, nie brzmi już tak samo. Które zespoły zaliczyły niezbyt udane powroty? Analizujemy!
17.11.2025
Klaudia Jaroszewska-Kotradii
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Polskie comebacki, które nie wypaliły
Wiele zespołów się rozpada, potem powstają nowe, a niektóre próbują wrócić do “dawnego blasku”, reaktywując się po latach. Czasem im to wychodzi, a czasem nie. Choć niektóre grupy połączyły się po czasie i nadal występują, trudno mówić w ich przypadku o sukcesie (czy to komercyjnym, czy liczonym w “blasku chwały”).
Uwaga! Możesz się z nami nie zgadzać i to jest okej!
Wilki – między powrotem a autopowieleniem
Lata 90. należały do nich. “Son of the Blue Sky”, “Aborygen” to kawałki, które śpiewała cała Polska. Robert Gawliński był ikoną nowego brzmienia, a Wilki łączyły gitarową energię z poetycką melancholią. Ale w 1995 roku wszystko się rozsypało. Konflikty, wypalenie, solowe projekty… a potem każdy poszedł w swoją stronę.
Sześć lat później, w 2001 roku, Wilki wróciły. I to z przytupem! “Baśka” podbiła listy przebojów, a album “4” okazał się jednym z największych sukcesów w ich karierze. Grupa wyruszyła nawet w trasę koncertową, a dwa lata później zajęła drugie miejsce w finale krajowych eliminacji do Eurowizji. Przez chwilę wydawało się, że to prawdziwy comeback.
Ale entuzjazm szybko przygasł. Kolejne płyty brzmiały coraz bardziej przewidywalnie, jakby zespół próbował odtwarzać własne pomysły sprzed lat. W końcu w 2010 roku zespół znów zawiesił działalność. A potem artyści znów wrócili na scenę.
Koniec końców Wilki przetrwały, grają koncerty, lecz dla wielu fanów to już nie ten sam zespół.
Maanam – legenda, której nie dało się wskrzesić
Jeśli w Polsce istniał zespół, który miał status legendy, to zdecydowanie był to Maanam. Kora i Marek Jackowski stworzyli coś wyjątkowego – muzykę, która łączyła rockową energię z poezją, kobiecą siłą i dzikością. Ale nawet legendy kiedyś odchodzą w cień.
W 2007 roku Jackowski miał wypadek. Nie występował przez kilka miesięcy, aż w końcu Kora odsunęła go ze składu zespołu. Koniec końców w 2008 roku Maanam się rozpadł. Artyści zaczęli tworzyć w innych składach – Kora w końcu występowała pod swoim pseudonimem.
Jackowski chciał, żeby Maanam wrócił, ale niestety – zmarł w 2013 roku na zawał serca. Jeszcze w tym samym roku najdłużej działający skład – Olesiński, Kowalewski i Markowski – reaktywowali zespół pod nazwą Złoty Maanam. Wokalistką została Karolina Leszko-Tyszyńska.
Koniec końców choć na papierze wszystko wyglądało jak kontynuacja działalności Maanamu, na scenie brakowało tego, co najważniejsze – charyzmy Kory, z którą to zespół był najbardziej kojarzony (i której swoją drogą nowa nazwa reaktywowanego zespołu się nie spodobała i nie chciała, by grupa występowała nadal pod szyldem Maanamu).
Maanam był zespołem z duszą, której nie da się zastąpić. I choć muzycy próbują podtrzymać jego pamięć, to już nie jest po prostu to samo.
Hey – zawieszenie, które stało się nowym rozdziałem
Hey to zespół, który przez lata był czymś więcej niż tylko grupą muzyczną – był towarzyszem pokolenia dorastającego w latach 90. “Teksański”, “List”, “Zazdrość” – te piosenki towarzyszyły ludziom podczas pierwszych zakochań, buntów i poszukiwania siebie. Katarzyna Nosowska, z charakterystycznym głosem i ironią w tekstach, stworzyła z zespołem własny język emocji – szczery, czasem surowy, zawsze prawdziwy.
Po latach intensywnej pracy i kolejnych sukcesach, przyszedł moment, w którym Hey postanowił się zatrzymać. W 2017 roku, po jubileuszowej trasie “Fayrant Tour”, Nosowska ogłosiła, że zespół zawiesza działalność na czas nieokreślony. Podjęliśmy decyzję, że najwyższa pora dać odpocząć od nas ludziom. Jesteśmy wszyscy w zespole już w tym wieku, że to chyba ostatni moment, żeby poczuć, jak to jest ryzykować. Dowiedzieć się, kim jesteśmy bez tego projektu. Nie twierdzę, że to jest definitywny koniec. Po prostu nie wiemy, ile to potrwa – mówiła wtedy.
Po 2022 roku zespół wrócił. Najpierw symbolicznie, jednym koncertem w Jarocinie, potem większym jubileuszem w katowickim Spodku. W 2025 roku ukazał się singiel “Bezruch”, który błyskawicznie trafił na szczyty list przebojów. Na Letnich Brzmieniach znów śpiewano razem z Nosowską, ale tym razem inaczej – spokojniej, z większym dystansem.
To już nie był powrót w dawnym sensie. Raczej spotkanie po latach, w którym sentyment miesza się z dojrzałością. Hey nie próbował gonić za własną legendą – po prostu wrócił na chwilę, by przypomnieć, jak wielką miał moc. Ale artystycznie? To już inna opowieść. Bardziej refleksyjna niż rewolucyjna.
Niezbyt udane zagraniczne comebacki
A jak sprawa ma się za granicami naszego kraju? Czy tam powroty wyszły lepiej? Nie zawsze! Sprawdźmy, które zespoły wróciły i nie odniosły już takiego sukcesu, jak przed rozpadem.
The Smashing Pumpkins – powrót, który nie był sukcesem
Na początku lat 90. byli jednym z najważniejszych głosów amerykańskiego rocka alternatywnego. Ich albumy “Siamese Dream” i “Mellon Collie and the Infinite Sadness” ukształtowały całe pokolenie słuchaczy. Billy Corgan – charyzmatyczny, perfekcyjny do bólu lider – stał się symbolem epoki, w której melancholia i bunt szły ramię w ramię. Ale każdy sukces ma swoją cenę. W The Smashing Pumpkins napięcia, uzależnienia, wypalenie i konflikty, narastały z roku na rok. W 2000 roku Corgan ogłosił koniec zespołu.
Ich pożegnalny koncert odbył się w klubie Metro w Chicago – dokładnie tam, gdzie zaczęła się ich kariera. Zagrali czterdzieści utworów, które były praktycznie przekrojem przez całą ich karierę, a fani dostali na pamiątkę nagranie pierwszego występu z 1988 roku.
Po tym wydarzeniu Billy Corgan rozstał się z grupą, próbując sił w nowym projekcie Zwan i na solowych albumach. Ale choć zmieniał zespoły, instrumenty i współpracowników, jedno było pewne – jego serce wciąż biło dla Smashing Pumpkins.
W 2005 roku Corgan napisał w “Chicago Tribune”: Chcę odzyskać swój zespół, a razem z nim moje piosenki, a razem z nimi moje marzenia.
Rok później “Dynie” rzeczywiście wróciły – z nowym materiałem, nowym składem i wielkimi ambicjami. Album “Zeitgeist” miał być wielkim comebackiem, ale publiczność i krytycy przyjęli go chłodno. Zabrakło na nim tego czegoś, za co fani wcześniej lubili The Smashing Pumpkins.
Lata mijały, skład się zmieniał. W 2009 roku odszedł perkusista Jimmy Chamberlin, ostatni z oryginalnego składu. Fani mieli wrażenie, że The Smashing Pumpkins to już tylko cień dawnej potęgi – odległe echo lat 90., odtwarzane z obsesyjną dokładnością przez swojego twórcę.
A jednak mimo tych wszystkich zmian, mimo kontrowersji i rozczarowań, wciąż istnieją. Wciąż grają. Dla jednych to dowód siły Corgana, dla innych – niemożność odpuszczenia przeszłości.
Spice Girls – kilka powrotów przyprawionych nostalgią
Kiedy w połowie lat 90. pojawiły się na scenie, świat oszalał. Pięć dziewczyn o różnych osobowościach i jeden wspólny slogan – “Girl Power”. Ich debiutancki singiel “Wannabe” był jak manifest pokolenia – głośny, bezczelny i pełen energii. Spice Girls zrewolucjonizowały pop, tworząc nie tylko zespół, ale i kulturowy fenomen. Ich koncerty wypełniały stadiony, a każdy nastolatek wiedział, kim są Scary, Sporty, Baby, Ginger i Posh.
Ale sława – w tym przypadku – miała krótką datę ważności. W 1998 roku z grupy odeszła Geri Halliwell, a cztery pozostałe Spice Girls próbowały kontynuować działalność bez niej. Jednak wydana płyta “Forever” nie zdobyła serc fanów, a w 2001 roku zespół oficjalnie się rozpadł. Każda z wokalistek ruszyła w swoją stronę.
Wróciły w 2007 roku. Spice Girls ogłosiły światową trasę “The Return of the Spice Girls” i wydały składankę “Greatest Hits” z dwoma nowymi piosenkami: “Headlines (Friendship Never Ends)” i “Voodoo”. Publiczność zareagowała entuzjastycznie, bilety znikały w kilka minut, a nostalgia unosiła się w powietrzu jak zapach starych błyszczyków. Ale magia nie trwała długo – trasa została przerwana w połowie, a wokalistki znów rozeszły się w swoje strony.
Potem znów na krótko wróciły w 2012 roku, podczas ceremonii zamknięcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Ich występ na dachach czarnych taksówek stał się jednym z najbardziej komentowanych momentów wieczoru.
W 2019 roku cztery z pięciu Spice (bez Victorii Beckham) ponownie wyruszyły w trasę po Wielkiej Brytanii. Było radośnie, kolorowo, głośno. Niemal jak dawniej. Ale jednak inaczej. Zabrakło tej bezczelnej energii, która kiedyś rozpalała tłumy. Spice Girls odgrzewały jedynie dawne wspomnienia.
Z okazji 25-lecia “Wannabe” dziewczyny wypuściły jeszcze specjalny minialbum, przyprawiony remiksami i archiwalnymi wersjami. I tyle. Bo Spice Girls to dziś nie tyle zespół, ile legenda popu. Piękne wspomnienie lat 90., które – mimo prób reaktywacji – najlepiej smakuje właśnie w wersji sprzed lat.
Polecamy na eBilet
No Doubt – między przerwą a powrotem
No Doubt to zespół, który w latach 90. połączył punkową energię z popową melodyjnością, a głos Gwen Stefani stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych w muzyce tamtej dekady. “Don’t Speak”, “Just a Girl” czy “It’s My Life” to piosenki, które zdefiniowały całe pokolenie fanów alternatywnego popu.
Po wydaniu składanki “The Singles 1992–2003” i sukcesie coveru “It’s My Life”, zespół zawiesił działalność w 2004 roku. W tym czasie Gwen Stefani rozpoczęła karierę solową, wydając przebojowy album “Love. Angel. Music. Baby.”. Pozostali członkowie zajęli się własnymi projektami, a fani zaczęli wątpić, że No Doubt jeszcze kiedykolwiek wróci.
W 2012 roku zespół powrócił z nowym materiałem – albumem “Push and Shove”. Choć promujący go singiel “Settle Down” przypomniał dawny klimat grupy, płyta nie odniosła sukcesu, a sami muzycy przyznali później, że praca nad nią była trudna i pełna napięć. Po kilku występach No Doubt ponownie zamilkł.
Kolejne lata przyniosły jedynie krótkie występy na festiwalach i benefisach. Gwen Stefani coraz mocniej rozwijała własną karierę, a zespół pozostawał w zawieszeniu. W 2024 roku No Doubt wrócili po raz kolejny – najpierw na Coachelli, a w 2025 roku wystąpili podczas koncertu charytatywnego w Kalifornii. Jesienią ogłoszono, że grupa wystąpi w Las Vegas w 2026 roku, co będzie ich pierwszą rezydenturą w słynnym Sphere. Jak to wyjdzie? Przekonamy się.
The Cranberries – powrót pełen nostalgii i… pożegnania
The Cranberries to jeden z najbardziej rozpoznawalnych zespołów lat 90. Ich melancholijne brzmienie, połączenie gitarowego rocka z celtyckimi wpływami i niezwykły głos Dolores O’Riordan stworzyły niepowtarzalny styl, który podbił świat. Utwory takie jak “Zombie”, “Linger” czy “Ode to My Family” na trwałe zapisały się w historii muzyki.
Po latach intensywnej pracy i światowych tras koncertowych grupa ogłosiła w 2003 roku przerwę. Muzycy skupili się na projektach solowych – O’Riordan nagrała dwa albumy, a pozostali członkowie rozwijali własne inicjatywy muzyczne.
W 2009 roku zespół wznowił działalność i wyruszył w trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych i Europie. Trzy lata później ukazał się album “Roses”, ciepło przyjęty przez fanów, choć bez większego sukcesu komercyjnego. Kolejna płyta – “Something Else” z 2017 roku – zawierała akustyczne wersje dawnych hitów i miała w sobie nutę nostalgii.
W styczniu 2018 roku świat obiegła wiadomość o śmierci Dolores O’Riordan. Zespół postanowił zakończyć działalność po wydaniu ostatniego albumu “In the End” (2019), na którym znalazły się partie wokalne zarejestrowane przez Dolores przed jej odejściem.
Ten pożegnalny album był hołdem dla wokalistki i dla samej historii zespołu. The Cranberries zakończyli działalność z klasą – pozostawiając po sobie muzykę, która wciąż wzrusza i przypomina, jak wielką siłę miały emocje w ich prostych, szczerych piosenkach.
Dlaczego reuniony czasem nie działają?
Powrót po latach brzmi jak spełnienie marzeń – zarówno dla muzyków, jak i dla fanów. Ale rzeczywistość często okazuje się mniej romantyczna. Dlaczego tak wiele reaktywacji kończy się rozczarowaniem?
Po pierwsze, zmienił się czas i gust publiczności. To, co kiedyś brzmiało świeżo, buntowniczo i odkrywczo, dziś często wydaje się tylko echem przeszłości. Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki – nawet jeśli zespół gra te same utwory, świat szuka i słucha czegoś innego.
Po drugie, brak oryginalnego składu sprawia, że wspomnienia wydają się znacznie lepsze niż rzeczywistość. Wiele zespołów traci to, co najważniejsze – „to coś”, co tworzyło ich brzmienie i emocje. Gdy na scenie brakuje charyzmatycznego lidera lub wokalistki, nawet najlepszy repertuar traci swój blask.
Jest też kwestia oczekiwań fanów. Publiczność chce zobaczyć nie tylko zespół, ale wspomnienie własnej młodości. To niestety pułapka, bo żaden koncert nie przywróci emocji sprzed dwudziestu lat. Mit dawnych czasów bywa tak silny, że każdy nowy utwór wypada przy nim blado (nawet jeśli jest technicznie dobry).
Wreszcie, wiele reunionów to projekty bardziej sentymentalne lub komercyjne niż artystyczne. Powroty często wynikają z potrzeby zamknięcia pewnego rozdziału albo po prostu z okazji rocznicy, podpisanego kontraktu czy nostalgii. Rzadko są to prawdziwe artystyczne odrodzenia.
Choć i takie się zdarzały. Możesz poczytać o nich tutaj: Najbardziej spektakularne powroty zespołów – reuniony, które zapisały się w historii
Podsumowanie
Nie każdy powrót musi skończyć się porażką – niektóre koncerty reunionowe potrafią poruszyć serca i przypomnieć, dlaczego kiedyś tak kochaliśmy te zespoły. Ale większość pokazuje jedno: nie da się już odtworzyć w ten sam sposób ani dawnej muzyki, ani tego, co czuliśmy podczas jej słuchania w czasach naszej młodości.
Maanam, Hey czy Smashing Pumpkins udowadniają, że każdy powrót to inna historia – od krótkiego sukcesu po próbę ożywienia czegoś, co należy już do przeszłości. Jak śpiewał Grzegorz Markowski z Perfectu: Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym. Wśród tandety lśniąc jak diament. Być zagadką której nikt nie zdąży zgadnąć nim minie czas.
Poprzedni artykuł
Następny artykuł
Klaudia Jaroszewska-Kotradii – multipasjonatka, która nie potrafi usiedzieć w miejscu. Zafiksowana na punkcie rozwoju i zdobywania wiedzy wszelakiej. Prywatnie mama, żona i kreatywna dusza, która na równi uwielbia Sanah i The Hardkiss.








