Być może też kiedyś miałeś marzenie, żeby założyć zespół muzyczny. Historie wielkich artystów działają na wyobraźnię: zakładasz w garażu kapelę z najlepszymi przyjaciółmi, razem pokonujecie wszelkie przeszkody, by na końcu stać się wielkimi gwiazdami. Brzmi jak amerykański sen. Problem w tym, że rzeczywistość bardzo rzadko wygląda jak na filmach.
“Rycerz Siedmiu Królestw” to najlepsze, co mogło spotkać świat “Gry o Tron”
"Gra o Tron" była telewizyjną rewolucją. Rozmach i złożoność Westeros wylewały się z ekranów przez niemal dekadę, a kolejne sezony pompowały balonik do kolosalnych rozmiarów. "Rycerz Siedmiu Królestw" stroni od pompatycznego tonu na rzecz humoru i przyziemnej, lecz na swój sposób baśniowej opowieści.
24.02.2026
Igor Wiśniewski
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Smoki, czarodziejki, draugry, olbrzymy, elfy i krasnoludy. Jeśli w pewnym etapie dorastania fantasy zaczęło odgrywać istotną rolę w twoim życiu, masz w czym przebierać. Amazon rozbudowuje świat “Władcy Pierścieni”, Netflix stara się znaleźć odpowiedni kierunek dla “Wiedźmina”, HBO konsekwentnie eksploruje Westeros na podstawie prozy George’a R. R. Martina. Każde z uniwersów skierowano do nieco innej grupy docelowej, a twórcy w różnym stopniu podchodzą do wierności względem materiałów źródłowych.
To, co wyróżnia produkcję HBO od konkurencji, to fakt, że cykl “Pieśń lodu i ognia”, zapoczątkowany w latach 90., wciąż nie jest skończony. George R.R. Martin zapewnia, że doczekamy się w końcu kontynuacji serii, lecz na razie na obietnicach się kończy.
Gdy “Gra o Tron” zadebiutowała w 2011 roku, Westeros było miejscem zimnym. Bynajmniej nie przez przyjazd do Winterfell – twierdzy rodu Starków. Widzów postawiono w środku punktu granicznego, prowadzącego do wielkiej wojny, która rozgorzała w konsekwencji intryg, mariaży i bardziej lub mniej udanie tuszowanych skandali politycznych.
Kolejne sezony obfitowały w jeszcze więcej zdrad i zamachów stanu. Liczba umierających postaci przestała mieć znaczenie, a widzowie zdążyli się przyzwyczaić, że żaden z bohaterów nie jest bezpieczny. W latach 2011-2019 nie było większego przedsięwzięcia telewizyjnego niż “Gra o Tron”. Oczekiwania widzów rosły, a takie epizody jak “Bitwa Bękartów” czy “Deszcze Castamere” stały się wyznacznikiem jakości. Wielka szkoda, że nie doczekaliśmy się kolejnych książek przed końcem serialu. Kto wie, może dziś wspominalibyśmy ósmy sezon jako jeden z najlepszych, zamiast spuszczać nań zasłonę milczenia.
Przeczytaj też:
“Ród Smoka”, opowiadający o burzliwej historii rodu Targaryenów, to w zasadzie powtórka z rozrywki. Tym razem walka o Żelazny Tron rozgrywa się między członkami jednego rodu, który prócz potężnej armii ma do dyspozycji straszliwe smoki. Westeros z obu tytułów to kraina wyniszczona wojną. Głowy szlachetnych panów nawet nie spojrzą w kierunku maluczkich, zajęte kwestiami większej wagi. To kusząca i angażująca opowieść, jednak wyłącznie wtedy, gdy prowadzi się ją z odpowiednią dynamiką. Tej zabrakło w drugim sezonie “Rodu Smoka”, co mocno ostudziło zapał widzów nie tylko przed dalszym ciągiem historii Targaryenów, ale też dużo mniej spektakularnymi i widowiskowymi przygodami Duncana Wysokiego i jego giermka Jaja.
Westeros, które chcieliśmy poznać
Niewiele wskazywało na to, że “Rycerz Siedmiu Królestw” zdoła namieszać. Twórcy skompresowali Westeros do małego, niemal hermetycznego wycinka, jakim są Łąki Ashford. Ci, którzy śledzili uniwersum już wcześniej, dostrzegą niezliczone odniesienia i powiązania z wydarzeniami i postaciami zarówno z “Rodu Smoka”, jak i “Gry o Tron”.
Już od pierwszych scen twórcy jasno dają do zrozumienia, że to nie kolejna epicka saga o wielkim rycerzu. To przyziemna, brudna i brutalna historia człowieka, ślepo zapatrzonego w wyidealizowany wizerunek rycerza. Naiwność, którą ser Duncan okazuje na każdym kroku, staje się jego największą siłą i słabością. Główny bohater łatwo nawiązuje przyjaźnie z kolejnymi postaciami dzięki poczciwości i prostolinijnym usposobieniu, popychającymi go w coraz bardziej skomplikowany wir wydarzeń, prowadzący w końcu do Próby Siedmiu. Brzemiennej w skutkach dla całego świata, o czym wówczas nie mają prawa wiedzieć ani Maekar Targaryen, ani Jajo czy Lyonel Baratheon, a tym bardziej główny bohater.
Westeros okiem Iry Parkera, showrunnera serialu, wciąż jest barwne i zepsute jak te z “Gry o Tron”. W końcu możemy uczestniczyć w turnieju rycerskim z perspektywy uczestnika. Brać udział w zabawach, targować się z kowalem, szukać sojuszników. Zrobić wszystko, czego “Gra o Tron” i “Ród Smoka” poskąpiły.

Parkerowi udało się jednak zamknąć je w bardzo wąskim spojrzeniu. Zagubionego i nieokrzesanego błędnego rycerza, który przypadkiem wyrwał się z Zapchlonego Tyłka w Królewskiej Przystani. Najlepiej widzimy to właśnie podczas Próby Siedmiu. Przejmujemy wówczas perspektywę Duncana, widzimy świat jego oczami. Nie wiemy, kto spada z konia, kto umiera, kto komu zadaje cios, jak nasi przyjaciele radzą sobie na polu bitwy. Jest tylko wąski wycinek mglistego terenu, widoczny zza rycerskiego hełmu. Tylko Duncan i dużo bardziej doświadczony przeciwnik, który deklasuje go w niemal każdym aspekcie prócz determinacji.

Pomysł nad budżet
“Rycerz Siedmiu Królestw” powstawał w ścisłej współpracy z R.R. Martinem. Bezbłędna dynamika między głównymi bohaterami, barwne postacie poboczne ze Śmiejącą Burzą na czele, aż w końcu casting, który nie pozostawia żadnych wątpliwości pokazują, jak istotny to aspekt przy książkowych adaptacjach. Dexter Sol Ansell idealnie łączy cięty humor z królewską wyniosłością, a Bertie Carrel przejmuje scenę za każdym razem, gdy tylko pojawia się w kadrze. Nie inaczej jest z Peterem Claffeyem, który dobroduszność wypisaną ma na twarzy.
Ira Parker nie ukrywa, że w związku z ograniczonym budżetem musiał iść na pewne ustępstwa, jak również otwarcie przyznaje się do kilku błędnych decyzji. Podczas gdy pierwszy sezon “Rodu Smoka” mógł poszczycić się budżetem ok. 20 mln $ na odcinek, “Rycerz Siedmiu Królestw” dysponował “zaledwie” 6 mln na epizod – porównywalnie do pierwszego sezonu “Gry o Tron”. Mimo mniejszych możliwości finansowych, jako widz nie odczułem, żeby twórcy poszli na ustępstwa mogące obniżyć poziom serialu.

Ser Duncan i Jajo przypomnieli, za co naprawdę pokochaliśmy Westeros. Świat George’a R.R. Martina może zachwycać krwawymi bitwami, szokować wyuzdaniem i polaryzować w zależności od tego, czy bliżej nam do chłodu Północy czy gorącego Południa. Prawdziwą wartością są jednak dobrze napisane postacie i relacje między nimi. To czasem prymitywny humor, którym twórcy obniżają napięcie. Wreszcie satysfakcjonujące mordobicie, pozbawione wyższego celu, nieumotywowane sukcesją czy walką o przetrwanie ludzkości. Ser Duncan Wysoki pokazał nam Siedem Królestw śmierdzące końskim łajnem i tanim piwem, nie żarem pogorzeliska i wystawnej uczty. I właśnie tego potrzebowaliśmy przed kolejnym rozdziałem wielkiego starcia Targaryenów.
Poprzedni artykuł
Następny artykuł









