Nie masz pomysłu na to, jak zorganizować dzieciom czas? Oto nasz przewodnik po weekendowych atrakcjach kulturalno-edukacyjnych dla całej rodziny, przygotowany na podstawie bieżących ofert z naszego eBiletowego katalogu! Aktualizujemy go dla was na bieżąco w każdy czwartek!
Albumy widmo, czyli parę słów o płytach, które nigdy się nie ukazały
Niedawno świat obiegła informacja, że Slipknot po 18 latach ma zamiar wydać swój eksperymentalny album “Look Outside Your Window”. Materiał przez lata obrósł mitem wśród fanów formacji, a mnie ten news skłonił do pochylenia się nad innymi albumami widmo. Ich historie są przeróżne. Część z nich nagrano, ale nigdy nie wydano. Inne ukazały się później lub w okrojonych wersjach. Jeszcze inne w zasadzie powstawały wyłącznie w głowach fanów. W rzeczywistości takich historii jest więcej, niż można się spodziewać, a w poniższym tekście przytoczę kilka z nich.
09.03.2026
Krzysztof Szyc
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Slipknot “Look Outside Your Window”
Materiał powstał w czasie sesji nagraniowych do czwartej płyty “All Hope Is Gone”. Zawartość tego albumu w największym stopniu odbiegała od agresywnego stylu zespołu, zbliżając się momentami do rockowego brzmienia drugiej grupy Coreya Taylora i Jima Roota – Stone Sour. Nic więc dziwnego, że muzycy mieli potrzebę puścić wodze fantazji jeszcze dalej.

W rezultacie nad materiałem pracowano w okrojonym składzie – z dziewięciu osób do pięciu. Album ostatecznie nie został wydany, ponieważ mimo wszystko zbyt mocno odbiegał od stylu grupy. Mówiono o nim, że jest dużo bardziej eksperymentalny, momentami wręcz indie-rockowy; pojawiały się nawet porównania do Radiohead.
Dodatkowo sytuacje wydawniczą krążka skomplikowały śmierć Paula Graya w 2010 roku oraz odejście Joeya Jordisona w 2013 roku. Sam zespół wielokrotnie potwierdzał jego istnienie, podsycając ciekawość fanów. Niewykluczone, że niedługo wreszcie będziemy mogli przekonać się, ile w tych legendach jest prawdy.
Limp Bizkit “Stampede Of Disco Elephants”
Limp Bizkit na początku poprzedniej dekady znajdował się w dziwnym miejscu. Z jednej strony wciąż budził zainteresowanie fanów, z drugiej – najlepsze lata miał już za sobą i trudno było mu dostosować się do zmieniającego się muzycznego krajobrazu.
Rok 2012 miał być zapowiedzią nowej ery po chudych latach. Na pokład powrócił Ross Robinson w roli producenta, a sam materiał miał wprowadzić nową jakość w czasach post-numetalowej posuchy. Po wielkich zapowiedziach album ostatecznie wpadł jednak w czasową pętlę: przesuwano terminy, zmieniano koncepcje i szykowało się nam rapcore’owe “Chinese Democracy”.
Finalnie ukazały się dwa utwory: całkiem ciekawy, choć eksperymentalny “Endless Slaughter” oraz jeden z najgorzej przyjętych kawałków w historii zespołu – “Ready To Go” nagrany z Lil Wayne’em. Nie wiadomo, ile z pierwotnych pomysłów trafiło później na wydany w 2021 roku album “Still Sucks”, ale z pewnością odbiegał on od pierwotnej wizji.
Deftones “Eros”
Zostając jeszcze na chwilę przy nu metalu, nie sposób nie wspomnieć o niewydanym albumie gwiazd niedawnego koncertu w łódzkiej Atlas Arenie – Deftones.
Po trudnych przejściach podczas nagrywania “Saturday Night Wrist” zespół chciał oczyścić atmosferę i stworzyć płytę, która przywróci im radość ze wspólnego grania. W założeniu nowy longplay miał być mroczniejszy, a swoją intensywnością nawiązywać do “Around The Fur”. Los miał jednak inne plany. W wypadku samochodowym poważnie ucierpiał basista grupy Chi Cheng, który na długie lata zapadł w śpiączkę.
Mimo że płyta była w dużej mierze ukończona, grupa zdecydowała się wstrzymać jej wydanie, czekając na powrót kolegi do zdrowia. W międzyczasie powstał nowy materiał – tak narodziło się “Diamond Eyes”. Śmierć Chenga w 2013 roku sprawiła, że album, wymagający jedynie niewielkiego oszlifowania, ostatecznie nigdy się nie ukazał. Jak tłumaczą sami muzycy – powrót do tych nagrań jest zbyt trudny emocjonalnie. Z sesji wydano jedynie utwór “Smile” i do dziś nie wiadomo, czy nadejdzie moment na publikację całości.

Green Day “Cigarettes and Valentines”
Green Day na początku lat 2000 potrzebował nowej energii, by przywrócić karierę na właściwe tory. Zespół wciąż budził zainteresowanie, jednak kolejne płyty nie mogły dorównać sukcesowi “Dookie” z 1994 roku.
W 2003 roku grupa miała gotowy album, którego taśmy – według oficjalnej wersji – zostały skradzione ze studia. Dziś ta historia może dziwić, ale robienie kopii zapasowych nie było wtedy tak oczywiste (i łatwe), jak obecnie. Pojawiły się jednak teorie, że zespół nie był z materiału zadowolony, a wątek kradzieży miał być wygodną przykrywką dla wytwórni, chcącej wydać krążek za wszelką cenę.
Green Day porzucił nagrania i potraktował sytuację jak znak. Poświęcił kolejny rok na stworzenie nowych piosenek – tak powstał “American Idiot”, który sprzedał się w ponad 15 milionach egzemplarzy. Nigdy nie dowiemy się, jak brzmiały utracone utwory, ale ich następca spełnił swoje zadanie.
Przeczytaj też:
The Beach Boys “Smile”
Święty Graal amerykańskiego popu. The Beach Boys mieli świat u stóp po wydaniu legendarnego “Pet Sounds”, do dziś uznawanego za jeden z najwybitniejszych albumów w historii. Chcieli wejść w rywalizację z The Beatles. Brian Wilson postanowił stworzyć dzieło, które odmieni obraz muzyki popularnej. “Smile” miało być wielkim następcą “Pet Sounds” i odpowiedzią na “Sierżanta Peppera”. Zespół chciał odejść od chwytliwych singli na rzecz eksperymentów i rozbudowanej koncepcji.
Projekt szybko wymknął się spod kontroli. Wpływ na to miały tarcia w grupie, niezrozumienie abstrakcyjnej wizji lidera przez pozostałych członków oraz przesadne eksperymenty z LSD, po których Wilson popadł w paranoję. Dodatkowo pomysł nie podobał się wytwórni, która oczekiwała sprawdzonej formuły i przede wszystkim hitów.
Fragmenty materiału trafiły na uproszczony “Smiley Smile”, ale mit “największego niewydanego albumu w historii” tylko rósł. Fani tworzyli własne rekonstrukcje, a oficjalne wersje ukazały się dopiero w 2004 i 2011 roku. Oryginalne “Smile” z 1967 roku – takie, jakie mogło zmienić historię – pozostało jednak alternatywną rzeczywistością.
Prince “The Black Album” (pierwotna wersja)
Po sukcesie sukcesie “Purple Rain” Prince mierzył się z zarzutami, że jego twórczość staje się zbyt popowa, a on sam oddala się od funku. W odpowiedzi na te głosy w 1987 roku nagrał mroczny, surowy album, który miał rozwiać wszelkie wątpliwości.
“The Black Album” był przeciwieństwem wcześniejszego kolorowego “Sign o’ the Times”. Płyta została wytłoczona i wysłana do sklepów, lecz tydzień przed premierą artysta nakazał jej wycofanie. Powodem miało być duchowe objawienie – Prince uznał materiał za “zły”.
Egzemplarze zniszczono, choć część przetrwała, stając się legendarnymi bootlegami. Ostatecznie album wydano oficjalnie w 1994 roku. Większą zagadką pozostaje jednak pytanie, jak potoczyłaby się kariera artysty, gdyby zdecydował się wydać go siedem lat wcześniej.
Kanye West & Jay-Z “Watch The Throne 2”
Wspólny album Kanye Westa i Jaya-Z z 2011 roku okazał się ogromnym sukcesem. “N****s in Paris” stało się światowym przebojem, a bilety na wspólną trasę sprzedawały się błyskawicznie. Kontynuacja wydawała się formalnością.
Mimo początkowej chęci współpracy obu artystów, relacje zaczęły się jednak psuć – szczególnie po 2016 roku i kontrowersyjnych wystąpieniach Westa, od których Jay-Z wyraźnie się dystansował. Nie ma co ukrywać, że również sam projekt mógł się okazać za ciasny by pomieścić dwa wielkie ego.
Druga część projektu urosła do niewyobrażalnych rozmiarów głównie w mediach i wśród fanów. Nie ma bowiem potwierdzenia, że artyści faktycznie rozpoczęli prace nad jakimkolwiek materiałem. To klasyczna historia z gatunku “co by było gdyby”.
Nas “I Am… (Autobiography)”
Autor legendarnego “Illmatic”, planował dwupłytowy album, będący jego muzyczną autobiografią – historią od poczęcia aż po debiut. Ambitna wizja stała się jedną z pierwszych ofiar internetu, który dopiero raczkował, ale już potrafił narobić szkód.
Znaczna część materiału wyciekła do sieci na kilka miesięcy przed premierą. Był to jeden z pierwszych przypadków, gdy internetowy przeciek poważnie pokrzyżował plany wydawnicze wielkiego artysty. W podobnej sytuacji trzy lata później znalazł się System of a Down z odrzutami z “Toxicity”, które ostatecznie oficjalnie wydano jako “Steal This Album!”.
Nas, mając praktycznie gotowy album, musiał zmierzyć się z nową rzeczywistością. Ostatecznie “I Am…” ukazało się w skróconej wersji, a część utworów trafiła później na kompilację “The Lost Tapes”. Pierwotna wersja funkcjonuje dziś jako symbol momentu, w którym artyści zaczęli tracić pełną kontrolę nad premierą swoich dzieł.
Poprzedni artykuł







