Atak na autokar, bójka po walce i konflikt, który wymknął się spod kontroli. Walka Conora McGregora z Khabibem Nurmagomedovem przeszła do historii nie tylko ze względu na sport, ale przede wszystkim za sprawą wydarzeń, które wstrząsnęły całym światem MMA.
Kontrolowany chaos Cryptopsy. Matt McGachy o dziedzictwie zespołu
"Byłem metalcore’owym dzieciakiem, który po prostu potrafił trochę krzyczeć i śpiewać… i nagle wpadł do zespołu deathmetalowego. Musiałem się nauczyć, jak zrobić to dobrze i z szacunkiem do tego brzmienia" - Matt McGachy o początkach w Cryptopsy, dziedzictwie zespołu i koncertowych doświadczeniach.
23.07.2026
Martyna Kościelnik
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Martyna Kościelnik: “None So Vile” jest okrzyknięte waszym najważniejszym dziełem. Wróciliście do albumu podczas tej trasy i już wkrótce zagracie te kawałki w Polsce. Jak z perspektywy czasu – i jako muzyk, który nie brał udziału w jego nagrywaniu, ale wykonuje go – postrzegasz ten album? Czy uważasz, że przez te wszystkie lata koncertów wniosłeś do tych klasycznych utworów coś zupełnie nowego, własnego?
Matt McGachy: To świetne pytanie! Tak, obchodzimy trzydziestolecie najprawdopodobniej najważniejszego krążka Cryptopsy, masz rację. Chociaż fani by się pewnie spierali czy faktycznie taki jest, bo zespól miał różne etapy, prawda? Tak czy inaczej, “None So Vile” wyszło w 1996 roku. Celebrujemy ten jubileusz nadchodzącą trasą “Malicious and Vile”, w ramach której 30 lipca wystąpimy w Krakowie z niesamowitym składem – zagramy razem z Terror i Vulvodynia. Koncert odbędzie się w Hype Parku i będzie to niesamowite, potężne show.
Cryptopsy + Vulvodynia
“None So Vile” jest dla mnie wyjątkowe, bo to pierwsza płyta Cryptopsy, jaką usłyszałem w swoim życiu. A konkretniej – to “Phobophile” jest pierwszym kawałkiem, na który się natknąłem. Po prostu wiem, że w sercach fanów ten krążek jest absolutnym numerem jeden, więc zdaję sobie sprawę, jak ogromną wagę ma to wydawnictwo. Wiem, jaki ciąży na mnie obowiązek, by dalej kultywować to dziedzictwo – i traktuję to śmiertelnie poważnie!
Przez prawie 20 lat w zespole moje wykonywanie tych utworów przechodziło przez pewną ewolucję. Czy wnoszę do nich coś nowego i innego? Nie, bo ta płyta jest idealna. “None So Vile” to po prostu perfekcyjny album. To szaleństwo, że stworzyli tak świetne nagrania i kompozycje w Montrealu w 1996 roku – są po prostu magiczne! Staram się oddać jak największy hołd temu wydawnictwu. Oczywiście nie jestem Lordem Wormem. Artykułuję słowa nieco wyraźniej niż on. On po prostu pozwalał dźwiękom swobodnie płynąć. Ja wyznaję zasadę, że powinnaś móc zrozumieć, co śpiewam ze sceny. Staram się stawiać na wyraźniejszą dykcję, trochę w stylu Corpsegrindera z Cannibal Corpse, ale nadal próbuję oddać hołd energii i przekazowi wokalnemu w taki sposób, w jaki robił to Lord Worm.
Jak myślisz, co definiuje ponadczasowość tej płyty?
To po prostu coś magicznego. Właśnie dlatego ta płyta jest taka popularna. Ludzie wciąż zastanawiają się, w czym tkwi jej sekret. To przez tę brutalność, nutę niepewności, a jednocześnie wszystko jest bardzo precyzyjne i zamierzone. Można ją w zasadzie nazwać kontrolowanym chaosem.
Jeśli chodzi o samą produkcję, to wewnątrz zespołu toczyły się dyskusje, czy powinniśmy wydać specjalną edycję z okazji trzydziestolecia, która byłaby zremasterowana i zmiksowana, ale odrzuciliśmy ten pomysł, bo doszliśmy do wniosku, że płyta jest idealna w oryginale. Gdybyśmy się za to zabrali, fani nie byliby zadowoleni. Postanowiliśmy zostawić wszystko tak jak jest, żeby oddać jej hołd. To po prostu klasyczny, ponadczasowy album, który ma w sobie coś pociągającego, niezależnie od tego, w jakim wieku go odkrywasz. Jest też dziwny. Lord Worm jest dziwny. Teksty utworów są niezwykle osobliwe i chwytliwe. Usłyszmy na nim też epickie, groove’owe elementy, które pozwalają wkręcić się w kawałek już po pierwszym odsłuchaniu, co jest naprawdę istotne i co chcieliśmy przerzucić do nowej ery Cryptopsy, czyli tworzenie tych wielowątkowych, spójnych fragmentów, które pozwalają fanom zakochać się w nich od pierwszych chwil. A “None So Vile” ma tego mnóstwo.
Niedługo będziesz miał dwudziestolecie w szeregach Cryptopsy. Jak z perspektywy czasu postrzegasz ten ogromny staż? Czy widzisz jakieś wyraźne różnice między początkiem tej ścieżki a teraźniejszością?
Jak najbardziej! Warto zaznaczyć, że ja nie byłem wokalistą deathmetalowym, a nawet fanem tego gatunku. Jest taki film, który wyszedł z 10-15 lat temu, “Rock Star” z Markiem Wahlbergiem. Chyba bazował on – choć mogę się mylić, nie łapcie mnie za słówka – na historii Judas Priest czy coś, gdzie fan zostaje wybrany na nowego wokalistę zespołu. U mnie tak nie było. Wiedziałem, kim jest Cryptopsy, znałem ich “wagę” na scenie, ale nie byłem ich fanem. Dlatego największą ewolucją, jaką przeszedłem przez te dwie dekady, jest po prostu to… że stałem się wielbicielem death metalu. I jego wokalistą! Mam ogromne szczęście, że zarówno zespół, jak i jego fani dali mi czas, by stać się tym jednym i drugim. To była kwestia ćwiczeń, niezliczonych koncertów na całym świecie, nagrań i eksperymentów z wokalem. Byłem metalcore’owym dzieciakiem, który po prostu potrafił trochę krzyczeć i śpiewać… i nagle wpadł do zespołu deathmetalowego. Musiałem się nauczyć, jak zrobić to dobrze i z szacunkiem do tego brzmienia.
Polecamy na eBilet.pl
Trasa po Europie jest bardzo intensywna – gracie praktycznie co noc w innym mieście. Jak udaje ci się utrzymać tę siłę i energię przy tak napiętym grafiku?
Kiedy jestem w domu, moje życie jest równie zabiegane i intensywnie. Jestem ojcem małych dzieci, choć córka, która siedzi właśnie naprzeciwko mnie, kręci głową i mówi “ja już nie jestem mała” (śmiech). Spędzam z nimi dużo czasu i mam napięty grafik. Kiedy ruszam w trasę – mimo że ciągle podróżuję i gram koncert za koncertem – muszę martwić się wyłącznie o samego siebie. W pewnym sensie mam nawet wtedy więcej czasu na regenerację. Na trasie jest dużo zmiennych i wiele rzeczy może pójść nie tak. Trzeba być czujnym, szukać pozytywów i szybko rozwiązywać problemy. To napięty grafik, ale to w końcu death metal. Kiedy w nim siedzisz, najlepszym sposobem jest dawanie masy koncertów, bo wtedy to się opłaca. Granie każdego dnia oznacza, że nie wydaje się pieniędzy w dniach wolnych. Kochamy grać koncerty, a ja uwielbiam nasz kontakt z fanami. To jest coś, co mnie napędza i daje energię, której nie dostanę nigdzie indziej. Ta więź i siła, którą otrzymuję od publiczności, to coś, co ogromnie sobie cenię. Wiem, że kariera Cryptopsy ma swoją określoną datę ważności i kiedyś się skończy, więc wtedy będę musiał znaleźć sposób na zdobycie tej energii w innych dziedzinach, bo to uzależnia.
Niedawno zakończyliście trasę po Ameryce. Zauważasz różnice w reakcjach fanów w zależności od kraju, czy metalowa społeczność jest wszędzie taka sama?
Szczerze mówiąc – nie odczuwam większych różnic. Metalowcy są tacy sami na całym świecie i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Kiedy wchodzimy na scenę z kawałkiem “Graves of the Fathers”, reakcja publiczności jest wszędzie taka sama. Ludzie mogą trochę inaczej się ubierać lub zachowywać ciszej między utworami – tak jest w Japonii. Tam fani przed koncertem i między piosenkami są bardzo cicho, a gdy doświadcza się tego za pierwszym razem, jest dziwnie. Pojawiają się myśli: “czy ktoś tu jest? Czy im się w ogóle podoba to, co robimy?”. Ale to po prostu wynika z ich szacunku – chcą usłyszeć każdy niuans. To ogromna różnica. Kiedyś graliśmy w Arabii Saudyjskiej, tam ubierają się inaczej, ale ich reakcja i ruchy w moshpicie są dokładnie takie same. To coś naprawdę interesującego – piękne zjawisko kulturowe.
Jak oceniasz kondycję aktualnej kanadyjskiej sceny metalowej? Czy masz zespoły warte polecenia?
No pewnie! Są kultowe, klasyczne zespoły z Montrealu, takie jak Gorguts, Kataklysm czy Voivod. Moja córka pokazuje kciuk w górę na ten ostatni, bo wszyscy w domu jesteśmy wielkimi fanami. Mój syn też jest w nich zakochany – a to wszystko przez to, że wydali książeczkę dla dzieci, co moim zdaniem było genialnym ruchem, bo zaszczepili w najmłodszych miłość do muzyki. Ale oni zawsze mają dużo dobrych pomysłów. Voivod, Gorguts, Kataklysm, Beyond Creation, Despised Icon – a to tylko kilka z nich. Do tego Beneath the Massacre, Ion Dissonance, The Agonist… cała masa świetnych zespołów pochodzi też z prowincji Ontario. A kiedy spojrzysz na drugą część kraju, masz Archspire, które obecnie dominuje na świecie, a ich nowa płyta jest niesamowita. Christian Donaldson, nasz gitarzysta z Cryptopsy, właśnie wyprodukował najnowszy album takiego zespołu z Vancouver, którego każdy powinien posłuchać. Ten nowy krążek jest po prostu niesamowity! Ich wcześniejsze rzeczy też były genialne, ale nie mogę się doczekać, aż świat usłyszy ten najnowszy materiał, bo miałem okazję przedpremierowo go posłuchać. Ten zespół nazywa się Atræ Bilis. Jeśli ludzie jeszcze ich nie kojarzą, to koniecznie muszą ich sprawdzić, bo są po prostu fantastyczni!
A na koniec muszę zapytać: fani kochają klasyki Cryptopsy, ale czy planujecie już pracę nad nową płytą?
Zawsze patrzymy w przyszłość i planujemy z wyprzedzeniem. Dzisiejszy świat i sposób, w jaki ludzie konsumują muzykę, wymuszają wypuszczanie nowych rzeczy szybciej niż kiedyś. Moim zdaniem powodem, dla którego zespół radzi sobie w tym momencie tak dobrze, jest fakt, że wydaliśmy dwie płyty w ciągu dwóch lat. Wypuściliśmy “As Gomorrah Burns” w 2023 roku, a rok później dorzuciliśmy “An Insatiable Violence”, co stworzyło niesamowitą falę i pęd, na których po prostu jechaliśmy. Chcemy to kontynuować. Jubileusz “None So Vile” trochę nas co prawda spowolnił, ale wydanie dwóch płyt rok po roku było z naszej strony całkowicie celowym zabiegiem. Napisanie płyty Cryptopsy to naprawdę ciężka sprawa, dlatego mamy w planach wydanie kolejnej w 2028 roku, czyli po trzech latach, a nie dwóch. I wrócimy z nowym materiałem do Europy, mamy już na to świetny plan.
Cryptopsy już wkrótce zagra w Polsce! Nadchodzący koncert odbędzie się już 30 lipca w Hype Parku w Krakowie.
Poprzedni artykuł
Następny artykuł












