Ta parafraza piosenki z serialu "Czterdziestolatek" idealnie oddaje odczucia obecnych trzydziestolatków, którzy zachodzą w głowę jak ten czas tak szybko mógł minąć. Zresztą nie tylko trzydziestolatków, ale i osoby starsze czy nieco młodsze doświadczają tej często ciężkiej do uchwycenia płynności czasu.
Will Ramos (Lorna Shore): “Podążanie za pasją wiąże się z poświęceniami”
"Zanim dołączyłem do zespołu, on jeszcze się rozwijał i nie był aż tak dobry, jak teraz, ale to nie jest moja zasługa - to po prostu wynik naszej wspólnej pracy" - Will Ramos, wokalista Lorna Shore, opowiada o nowym albumie, koncertowych doświadczeniach... i nie tylko!
16.01.2026
Martyna Kościelnik
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Martyna Kościelnik: Jesteś członkiem Lorna Shore już od kilku lat i w tym czasie stworzyliście “And I Return To Nothingness”, “Pain Remains” oraz oczywiście najnowszy album. Wszystkie te wydawnictwa odniosły ogromny sukces, a fani byli nimi zachwyceni. Czy dołączając do zespołu, czułeś pewną presję lub odpowiedzialność, by stworzyć jak najlepszy materiał i zaprezentować się z najkorzystniejszej strony? A może od razu odnalazłeś się w zespole i złapałeś z nim wspólny język?
Will Ramos: Myślę, że po części jedno i drugie. Niektóre utwory były bardzo łatwe do napisania, ponieważ to wszystko działo się naturalnie. “Oblivion” był jedną z najprostszych piosenek, bo po prostu brzmiała jak Lorna Shore. To był dosłownie pierwszy kawałek, który skończyliśmy, i czuliśmy, że jest dobry. Były też takie, które były naprawdę trudne, jak chociażby “Unbreakable”, czyli jeden z pierwszych utworów, którym się zajęliśmy, a zarazem jeden z ostatnich, który został skończony. Pracowaliśmy nad nim długo, bo cały czas dążyliśmy do perfekcji, którą naprawdę ciężko było osiągnąć, a ten proces przypominał walenie głową w ścianę. Powiedzmy więc, że są przypływy i odpływy – łatwe fragmenty, po których następują cholernie trudne momenty, ale udało nam się wszystko zrobić i mamy najlepszy możliwy materiał, jaki mógł powstać.
Lorna Shore zdecydowanie rozpoczęła nowy rozdział swojej kariery dzięki singlowi “To The Hellfire”, czyli pierwszemu utworowi z twoim udziałem. Kawałek stał się ogromnym viralem na mediach społecznościowych, dzięki czemu dotarliście do nowych fanów. Jak myślisz, co miało na to wpływ? Czy czujesz, że Lorna Shore zyskała dzięki tobie nowe życie?
Uważam, że Lorna Shore zmieniła się, gdy dołączyłem do zespołu, ale nie kategoryzuję tego na dobre lub złe. Były elementy, które chciałem wprowadzić, a wcześniej ich nie było w brzmieniu. Niektórym może się to nie spodobało, ale zdecydowana większość entuzjastycznie podeszła do tych zmian, które były słyszalne. Zanim dołączyłem do zespołu, on jeszcze się rozwijał i nie był aż tak dobry, jak teraz, ale to nie jest moja zasługa – to po prostu wynik naszej wspólnej pracy. Jesteśmy w miejscu, gdzie każdy może swobodnie robić to, na co ma ochotę, a z tego co słyszałem, to z poprzednimi wokalistami tak nie było, więc pojawiały się sprzeczki. Wiadomo, że kłótnie zawsze były i będą się zdarzać, ale uważam, że jesteśmy w miejscu, gdzie wszyscy czujemy się ze sobą komfortowo. Możemy pisać, co chcemy, bez poczucia, że jest to środkowy palec wymierzony w jednego z nas, i myślę, że to słychać w naszym repertuarze.
Od “Pain Remains” do najnowszego albumu minęły zaledwie trzy lata, ale czuć ogromną różnicę, jeśli chodzi o teksty. Na “I Feel The Everblack Festering Within Me” znajdują się zdecydowanie bardziej osobiste wyznania. Czy ciężko było ci się przełamać i spróbować podzielić się własnymi emocjami na wydawnictwie?
I tak i nie. Wiem, że gdy pisałem ten album, chciałem, żeby to było jego częścią. Wiedziałem, że w jakiś sposób tak będzie, bo jeśli coś mnie mocno porusza, to powstaje z tego dobra piosenka, ponieważ to jest ważne. Kiedy piszesz coś, z czym czujesz się dobrze, brzmi to bardziej szczerze i prawdziwie, a powstałe w ten sposób teksty są autentyczne – o doświadczeniach i odczuciach, których doświadczają też inni. Utwory takie jak “Forevermore”, “Glenwood” – wiedziałem, że będą mieć taki ton, chociaż czasami nie było łatwo je pisać, ponieważ musiałem znowu przejść przez te emocje i czułem się, jakbym ponownie wylądował na terapii. Są takie chwile, gdy przypominają się stare uczucia, których doświadczyło się w przeszłości – czasami je odrzucasz, a innym razem chowasz z tyłu głowy i starasz się o tym nie myśleć, ale gdy mam zamiar pisać o autentycznych emocjach, to zaczynają ze mnie ponownie wychodzić. Podczas pisania “Glenwood” i “Forevermore” musiałem się zatrzymać lub wyjść i się przewietrzyć. Czasami trzeba dużo udźwignąć z powodu tych emocji, zwłaszcza, gdy są dla mnie wyjątkowo smutne lub osobiste. Pod pewnymi względami było łatwo, ale czasami było ciężko.
Tytuł nowego albumu ma bardzo poetycki wydźwięk i pochodzi z utworu “Prison Of Flesh”. Skąd pomysł, żeby nazwać wydawnictwo fragmentem utworu, zamiast jego tytułem?
Tym razem mieliśmy ochotę coś zmienić, odświeżyć. Pomyśleliśmy, że znajdziemy naprawdę fajne, mocne słowa, które brzmiałyby jak dobry tytuł albumu – fragment, wers czy coś w tym stylu. Na początku sądziłem, że “Forevermore” idealnie sprawdziłoby się w tej roli, ale z drugiej strony brzmiało to trochę podobnie do “Immortal”, a nie chcieliśmy robić wersji 2.0. Każdy utwór i album jest inny, wszystko ma swoją własną tożsamość, więc pomyśleliśmy, że po prostu spiszemy kilka wersów na kartce i zobaczymy, który pasowałby najbardziej. Kończył nam się czas, bo mocno przedłużyliśmy nagrywanie płyty, a menadżer powiedział, że nie mogą dłużej czekać, materiał zaraz miał pójść do wydawnictwa, więc natychmiast potrzebowali tytułu. Usiedliśmy do tego jeszcze raz i zaczęliśmy przeglądać wszystkie pomysły. Mieliśmy różne słowa, wersy, fragmenty, ale stwierdziliśmy, że to właśnie ten jest najlepszy, jest długi, ale Lorna Shore uwielbia takie tytuły. Mamy przecież “Welcome Back, O’ Sleeping Dreamer”, to chyba najdłuższa nazwa utworu, więc pomyśleliśmy, że zróbmy tak samo z płytą, czemu nie. Dla wielu ludzi to może wydawać się za długie, ale myślę, że tytuł jest idealny i nie moglibyśmy wymyślić niczego lepszego.
Jak się czujesz ze świadomością, że wielu słuchaczy z różnych części świata utożsamia się z twoją twórczością?
Czuję się dobrze, że udało mi się osiągnąć to, co zamierzałem. Chciałem, by ludzie przychodzili na koncerty i mieli taki moment uwolnienia…
Wiesz, słuchałem wykonawców typu Still Woozy, którego uwielbiam i swego czasu często puszczałem jego utwory, a ten repertuar to smutne piosenki o miłości, uwalniające to, czego nie czułem od dawna, nie dlatego, że doświadczam tego w tym momencie, tylko po prostu pojawiają się wspomnienia, które odżywają wraz z tekstami. Byłem na jego koncercie, maskowałem łzy okularami przeciwsłonecznymi.
Śpiewałem i płakałem, to było tak świetne uczucie, że mogłem wyrzucić z siebie wszystkie emocje. Tak naprawdę rzadko się czegoś takiego doświadcza. Dziś jedyną drogą, żeby to wyzwolić, jest terapia, a niestety niewiele osób na nią chodzi. Myślę, że dla wielu ludzi muzyka może pełnić taką rolę.
Kiedy pisałem teksty, zależało mi na tym, by inni mogli doświadczyć takiego momentu uwolnienia. Żeby mogli wrócić do tych prawdziwych uczuć, ponownie połączyć się z autentycznymi emocjami. W pewnym sensie jest to podobne do czekania na koncert; nie możesz doczekać się tej jednej linijki, którą chcesz wykrzyczeć, bo gdy krzyczysz razem ze mną, wtedy wiesz, że naprawdę to czujesz i chcesz wyrzucić to z siebie. Fakt, że ludziom podoba się “Unbreakable” i moment, w którym mówię, że pragnę, żebyśmy wszyscy wykrzyczeli “we are unbreakable”, wszyscy w tej cholernej hali wyrzucają to z siebie i stają się częścią czegoś, z czego nie zdawali sobie sprawy wcześniej. Dlatego cieszę się, że to wyszło w ten sposób i ludziom się to podoba.
Polecamy na eBilet.pl
Czy na twojej ścieżce kariery był koncert, który w szczególności zapadł ci w pamięć? Moment, w którym poczułeś, że właśnie osiągasz coś, o czym zawsze marzyłeś?
Tak, kiedy graliśmy w Japonii w marcu zeszłego roku. Zawsze chciałem tam polecieć. Po pierwsze, jestem wielkim otaku, wielkim pieprzonym nerdem, gaijinem, jakkolwiek można mnie nazwać. Dostaliśmy propozycję zagrania tam jednego koncertu i to było najdziwniejsze doświadczenie, jakie kiedykolwiek miałem. Kiedy jesteś na koncercie, a zespół skończy grać, w tle leci muzyka i czekasz po prostu na kolejny występ, a wtedy tłum rozmawia ze sobą, pije, śmieje się, słyszy się różne odgłosy. W Japonii… jest cisza. Usłyszysz szpilkę spadającą ze sceny. Wszyscy czekają w milczeniu, co mnie trochę zmieszało. Pomyślałem, że nie są zadowoleni, bo przecież nikt ze sobą nie rozmawia. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że po prostu taka jest ich kultura. Gdy muzyka zaczęła grać, to było tak, gdyby ktoś przełączył jakiś tryb i wszyscy zaczęli szaleć. Całe pomieszczenie podzielone było na trzy części, a to wcale nie była duża przestrzeń. Każda sekcja miała może metr, półtora metra. A jeśli wiesz cokolwiek o circle pitach, to masz świadomość, że w takiej sytuacji zrobienie ich jest praktycznie niemożliwe – kompletnie niewykonalne. A jednak zobaczyliśmy trzy osobne circle pity jednocześnie. W każdym z nich ludzie kręcili się w kółko, w miejscu, które wyglądało tak, jakby nikt nie miał szans się tam ruszyć. Dla mnie to było coś niesamowitego – zobaczyć, jak ludzie idą na całość, w jednej chwili, dosłownie w momencie, gdy wybrzmiały pierwsze dźwięki. To było szalone, piękne i jest czymś, czego nigdy nie zapomnę.
Już wkrótce zagracie w Polsce w towarzystwie Whitechapel, Shadow Of Intent oraz Humanisty’s Last Breath. Przez lata koncertów dzieliliście scenę z wieloma zespołami. Czy były wśród nich te, które cię inspirują lub darzysz je szczególnym uznaniem?
Jest ich mnóstwo, naprawdę cała masa, ale raczej takich, których nikt by nie kojarzył – przynajmniej nie na ciężkiej scenie, bo to nie są artyści z metalowego świata. Staram się nie słuchać aż tak dużo metalowej muzyki, bo nie chcę przypadkiem podłapać coś o kogoś i myśleć, że to był mój pomysł, a później odkryć, że jednak się myliłem. Zdecydowanie czerpię dużo inspiracji z muzyki, która nie jest metalem. Wiele z innej twórczości również opisuje prawdziwe uczucia, repertuar opierający się na smutnej miłości również opiera się na autentycznych emocjach, których ktoś doświadczył, i myślę, że te rzeczy zainspirowały mnie do napisania czegoś nowego. Myślę, że takie elementy zawsze będą mnie popychać do tworzenia nowej muzyki. Czuję się dobrze, słuchając tamtego repertuaru właśnie z konkretnego powodu, więc dlaczego nie przełożyć tego do gatunku, w którym sam tworzę? Ludzie nie robią tego często i myślę, że to jest powód, przez który jedni nas kochają, a inni nienawidzą, pytając: “dlaczego piszesz utwory o miłości i innym gównie?”, a ja wtedy na to odpowiadam: “nie wiem, bo cholernie lubię tę muzykę, więc czemu nie mogę stworzyć ciężkiej piosenki o miłości, będzie zajebiście”.
Czy myśleliście o nawiązaniu muzycznej współpracy z innymi wykonawcami?
Szczerze to chciałbym współpracować ze Spiritbox, Bilmuri. Wywodzę się z metalcore’u, przeszedłem na deathcore, ale teraz, gdy robię się coraz starszy, znowu wracam do swoich korzeni. Kocham to, uwielbiam śpiewać, jestem w to bardzo wkręcony, więc czemu by nie wrócić do metalcore’u. Chciałbym nawiązać z nimi kooperację, to jedne z moich ulubionych zespołów, których słuchałem, gdy dorastałem i nadal ich uwielbiam. Graliśmy ze Spiritbox w Australii, nawet pozwolili mi wejść na scenę i gościnnie zaśpiewać. To było uczucie, którego zawsze chciałem doświadczyć, jeśli chodzi o robienie wokali – nie wiem, jak to opisać, może po prostu jako poczucie ekscytacji, że zaraz wyjdę z zespołem, który kocham od tak dawna. Tak, bardzo chciałbym z nimi pracować i jestem podekscytowany, że już miałem taką możliwość.
W jednym z wywiadów przyznałeś, że już od najmłodszych lat wiedziałeś, co chcesz robić w życiu. Jaka jest twoja rada dla młodych twórców, którzy dopiero stawiają swoje pierwsze kroki w muzyce?
Przede wszystkim wszystko zależy od tego, jak poważnie to traktujesz. Ludzie myślą, że są w coś na serio wkręceni, a gdy dochodzi do momentu, że trzeba poświęcić wiele rzeczy, wtedy zdają sobie sprawę, że nie są na to gotowi. To jest okej, nie ma w tym nic złego – każdy żyje własnym życiem, ale podążanie za pasją wiąże się z poświęceniami. Niestety, gdyby to było łatwe, każdy by to robił. Sam miałem wiele prac, z których zostałem zwolniony, bo odszedłem, żeby pojechać w trasę, a nie dostałbym wolnego. Wielu ludzi nie chce potencjalnie stracić pracy, by podążać za własnym marzeniem, ale czasami trzeba tak zrobić. Po prostu twórzcie dalej muzykę, wypuszczajcie dobry materiał. Jeśli chcecie to robić i poważnie myślicie o tej drodze, znajdźcie pracę, która pozwoli wam brać wolne wtedy, kiedy jest to potrzebne.
Zanim trafiłem do Lorna Shore, pracowałem w branży filmowej. Kręciliśmy w Nowym Jorku reklamy dla naprawdę dużych firm. Wiem, że brzmi to jak bardzo czasochłonna praca – bo była – ale najlepsze w tym wszystkim było to, że byłem freelancerem. Mogłem wziąć wolne, kiedy tylko chciałem, więc jeśli wiedziałem, że przez dwa tygodnie będę w trasie, to nawet nie myślałem o pracy. Nie było we mnie myśli typu: “O Boże, musimy jechać w trasę, bo musimy się wybić, ale nie możemy koncertować przez dłużej niż tydzień, bo wtedy wywalą mnie z roboty”.
Jednak kiedy zaczynacie się ograniczać, tak naprawdę ograniczacie tylko samych siebie. Jest 150 milionów innych zespołów, które będą gotowe zrobić to, na co wy nie możecie się zdecydować, bo wielu ludzi po prostu nie ma stałej pracy i mówią sobie: “pieprzyć to, będziemy mieli kłopoty”. A wy wmawiasz sobie, że musisz zarobić pieniądze, żeby żyć. Wiem, że to długa droga, ale prawda jest taka, że w życiu zawsze coś jest za coś. Zawsze istnieje pewien kompromis.
Lorna Shore już wkrótce wystąpi w Polsce wraz z Whitechapel, Shadow Of Intent oraz Humanity’s Last Breath! Koncert odbędzie się 27 stycznia 2026 roku w Hali COS Torwar w Warszawie.
Lorna Shore + Whitechapel + Shadow of Intent + Humanity’s Last Breath
Poprzedni artykuł
Następny artykuł








