2025 rok za nami, a więc czas na podsumowania. Krzysztof Szyc i Jakub Wojakowicz w podcaście Scena Główna podsumowali wydarzenia minionych 12 miesięcy.
Wyprzedany w kilka minut koncert Deftonesów, stadionowa trasa System of a Down, udany powrót Linkin Parka czy poczynania takich młodych kapel jak Bleed, Tallah lub naszego rodzimego .bhp pozwalają twierdzić, że nu metal w połowie lat 20. XXI wieku przeżywa swój renesans. Jest to nad wyraz ciekawe, bo mówimy o jednej z najbardziej polaryzujących fal muzycznych w dziejach - a przecież jeszcze parę lat temu wielu uważało ten gatunek za wymarły.
13.01.2026
Krzysztof Szyc
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Zacznijmy od początku
Lata 1997–2001 to okres największej ekspozycji gatunku w mainstreamie, ze szczególnym naciskiem na 1999 i 2000 rok, kiedy wydawało się, że nu metalowa gorączka sięga zenitu. Nawet wtedy, u szczytu popularności, wzbudzał on jednak szczególne kontrowersje. Dla metalowej braci romanse z hip-hopem i workowate ciuchy nie były zbyt poważane. To były jeszcze czasy kiedy bycie tru pozostawało jedną z najwyższych wartości. Dla społeczności alternatywnej z kolei nu metal wydawał się mało wyszukaną, agresywną muzyką dla „białych chłopaków z przedmieść”, którzy niekoniecznie grzeszyli inteligencją. Ten wizerunek został jeszcze mocniej utwierdzony po festiwalu Woodstock ’99, który nie dźwignął ciężaru występujących tam kapel – zamiast miłości i pokoju zagościł tam syf i apokaliptyczna rozpierducha.
Zespoły nu metalowe dzieliły też samych muzyków. Członkowie Rage Against the Machine nie mogli znieść faktu, że byli inspiracją dla tak – jak to określali – “gównianej kapeli” jak Limp Bizkit. Z kolei Kerry King ze Slayera otwarcie przyznawał, że nu metal go zniesmaczył, a skręt w jego stronę na albumie Diabolus in Musica nazwał “muzycznym pogubieniem”. Generalnie rzecz ujmując, gatunek zbierał baty, zanim jeszcze zdążyła minąć na niego moda.
Polecamy na eBilet.pl
Mainstream i zjadanie własnego ogona
Mimo nieciekawej prasy przełom tysiącleci był złotym czasem dla nu metalu. Dzięki swojej agresywności, przerysowaniu, ale też eklektyzmowi, wpasował się idealnie w obraz amerykańskiej popkultury tamtych czasów, a młodzież znalazła w nim ujście dla swoich frustracji. Postaci wcześniej siedzące głęboko w undergroundzie — jak Jonathan Davis, Fred Durst czy Corey Taylor — dorównywały statusem ówczesnym boysbandom czy gwiazdom pop. MTV stało się ich drugim domem.
Popyt na zespoły grające w takim stylu był ogromny, a droga do sukcesu wydawała się krótka. W efekcie kapele wyrastały jak grzyby po deszczu — często będąc marnymi imitacjami Korna, Slipknota czy Linkin Parka. To z kolei budowało przekonanie, że wystarczy prosty, skoczny riff w obniżonym stroju, rapowana zwrotka i śpiewany refren z darciem mordy — i nu metalowy hicior gotowy (teraz pora na CSa). W ten sposób gatunek, który miał być ucieczką od konwencjonalności, sam stał się przewidywalny i przestał się rozwijać. Nie pomogło to w przekonaniu sceptyków, zwłaszcza tych szukających w muzyce większych walorów artystycznych.
Każde imperium musi kiedyś upaść
Każda moda kiedyś mija — i przetrwają tylko najwięksi. Tak było i tym razem. Po minięciu fali ostały się jedynie kapele, które miały swój wypracowany styl i potrafiły się obronić artystycznie. Reszta, nie mogąc funkcjonować bez medialnej otoczki, musiała zwinąć interes. Już za rogiem czaiła się nowa fala indie rocka w stylu The Strokes, dla tych bardziej emocjonalnych czekało My Chemical Romance, a w ciężkich brzmieniach nu metal zaczął ustępować rosnącemu w siłę metalcore’owi spod znaku Killswitch Engage czy Bullet For My Valentine. Po wielkiej burzy z przełomu wieków została mżawka i od drugiej połowy lat 2000 można było mówić o zejściu nu metalu do podziemia.

Moda to cykle
Cała dekada lat 2010 to okres posuchy, w którym nu metal wpadł w pułapkę czasu. Z jednej strony — minęło go wystarczająco dużo, by pogodzić się z tym, że nie jest już najbardziej “cool” zjawiskiem w popkulturze. Z drugiej — za mało, by spojrzeć na niego z dystansem, z perspektywy historii. Każda moda ma to do siebie, że potrafi cyklicznie powracać w nowej formie, a suchy okres pomiędzy to czas szydery i “kręcenia beczki”.
Trudno uwierzyć, że jeszcze dwie dekady temu syntezatorowe brzmienie lat 80. uchodziło za tandetne, a chwilę później odmieniło oblicze popu. Dziś z kolei śmiejemy się z estetyki indie folku z czasów Mumford & Sons, co pięknie zilustrował internetowy artysta Kyle Gordon w kawałku “We will never die”. Każda moda w pewnym momencie staje się obiektem drwin — tylko po to, by potem znów wrócić na salony.

Dystans i zmiana narracji
W przypadku nu metalu czas zadziałał na jego korzyść, pozwalając złapać dystans dawnym przeciwnikom. Nagle okazało się, że w sumie wiele z tych kapel grało całkiem ciekawie, że pierwsze płyty Korna były rewolucyjne, a Linkin Park to właściwie miło dziś posłuchać.Współczesny słuchacz się zmienił — subkultury praktycznie zniknęły, a eklektyzm stał się zaletą. Dziś fan muzyki może lubić, co chce, bez tłumaczenia się żadnym “guilty pleasure”. To poluzowanie pomogło nu metalowi — bo wielu osobom w głębi duszy się po prostu podobał. Lub przynajmniej przestał im tak przeszkadzać.
Dystansu nabrali też sami muzycy. Ci, którzy kiedyś odżegnywali się od nu metalu, dziś chętnie nazywają swoje trasy w stylu “Nu Metal Revival” itp.. Fred Durst przez lata walczył o poważne traktowanie, ale dopiero gdy dał sobie z tym spokój i zaczął przebierać się za “nu metalowego kowboja”, kariera Zmiękłego Biszkopta znów nabrała wiatru w żagle.
Rolki gamechangerem?
Spuścizna nu metalowej stylistyki okazała się większa, niż się spodziewano. Poza sceną rapową w stylu Ghostemane’a czy City Morgue można ją dostrzec nawet u Billie Eilish, która w bad guy pomyka rowerkiem po przedmieściach jak żywcem wyjęta z okładki albumu Korna.
Totalnym gamechangerem okazał się rozwój technologii — zwłaszcza formatów wideo i rolek. To właśnie one dały wielu kapelom drugie życie: czy to Mudvayne (“brr brr deng”), czy będącego blisko nu metalowego splendoru Creed, których powroty poprzedziło wzmożone wykorzystanie ich utworów w reelsach czy TikTokach. Nu metal, dzięki swojej ekspresji i przerysowaniu, idealnie wpasował się w estetykę internetowego post-humoru — zarówno wizualnie, jak i dźwiękowo.
Dzięki temu nu metal nie musi być odgrzewanym kotletem przez starszą gwardię tylko może zyskać nowych młodszych fanów, którzy często są zagubieni, smutni i przebodźcowani. Dla kogoś takiego może być łatwiej utożsamić się z Deftonesami niż przykładowo z Imagine Dragons.
Nieoceniona siła nostalgii
Paradoksalnie — im bardziej technologia pędzi, tym mocniej tęsknimy za przeszłością. Nostalgia wypełniła dużą część współczesnej popkultury czy to kolejnymi filmowymi reebotami klasyków czy ostatnią akcją McDonalds’a z powrotem klasyków z lat 2000. Estetyka Y2K, której nu metal był ważną częścią, wraca dziś drzwiami i oknami. Starsze pokolenie odświeżyło swoje playlisty z Winampa i przypomniało sobie czasy, gdy świat był prostszy, a telefon służył głównie do dzwonienia.
Tamten świat był jednym z ostatnich momentów, w którym technologia mogła być wyborem, ułatwieniem, rozrywką aniżeli wymogiem w egzystencji. Nu metalowe hity były jednym z soundtracków tamtej rzeczywistości i najzwyczajniej wiele osób czuje do tych brzmień sentyment.
.
Poprzedni artykuł
Następny artykuł








