Iron Maiden, Oasis, a może Shakira? Oto nominacje do Rock and Roll Hall of Fame 2026!
Wyprzedany w kilka minut koncert Deftones, stadionowa trasa System of a Down, udany powrót Linkin Park czy poczynania takich młodych kapel jak Bleed, Tallah lub naszego rodzimego .bhp pozwalają twierdzić, że nu metal w połowie lat 20. XXI wieku przeżywa swój renesans. Jest to nad wyraz ciekawe, bo mówimy o jednej z najbardziej polaryzujących fal muzycznych w dziejach. A przecież jeszcze parę lat temu wielu uważało ten gatunek za wymarły.
13.01.2026
Krzysztof Szyc
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Zacznijmy od początku
Lata 1997–2001 to okres największej ekspozycji gatunku w mainstreamie, ze szczególnym naciskiem na 1999 i 2000 rok, kiedy wydawało się, że nu metalowa gorączka sięga zenitu. Nawet wtedy, u szczytu popularności, wzbudzał on jednak szczególne kontrowersje. Dla metalowej braci romanse z hip-hopem i workowate ciuchy nie były akceptowalne. To były jeszcze czasy kiedy bycie tru pozostawało jedną z najwyższych wartości. Dla społeczności alternatywnej z kolei nu metal wydawał się mało wyszukaną agresywną muzyką dla “białych chłopaków z przedmieść”, którzy niekoniecznie grzeszyli inteligencją. Ten wizerunek został jeszcze mocniej utwierdzony po festiwalu Woodstock ’99, który nie dźwignął ciężaru występujących tam kapel – zamiast miłości i pokoju zagościł tam syf i apokaliptyczna rozpierducha.
Zespoły nu metalowe dzieliły też samych muzyków. Członkowie Rage Against the Machine nie mogli znieść faktu, że byli inspiracją dla tak – jak to określali – “gównianej kapeli” jak Limp Bizkit. Z kolei Kerry King ze Slayera otwarcie przyznawał, że nu metal go zniesmaczył, a skręt w jego stronę na albumie Diabolus in Musica nazwał “muzycznym pogubieniem”. Generalnie rzecz ujmując, gatunek zbierał baty, zanim jeszcze zdążyła minąć na niego moda.
Polecamy na eBilet.pl
Mainstream i zjadanie własnego ogona
Mimo nieciekawej prasy, przełom tysiącleci był złotym czasem dla nu metalu. Dzięki swojej agresji, przerysowaniu, ale też eklektyzmowi, wpasował się idealnie w obraz amerykańskiej popkultury tamtych czasów, a młodzież znalazła w nim ujście dla swoich frustracji. Postaci wcześniej siedzące głęboko w undergroundzie — jak Jonathan Davis, Fred Durst czy Corey Taylor — dorównywały statusem ówczesnym boysbandom czy gwiazdom pop. MTV stało się ich drugim domem.
Popyt na zespoły grające w takim stylu był ogromny, a droga do sukcesu wydawała się krótka. W efekcie kapele wyrastały jak grzyby po deszczu — często będąc marnymi imitacjami Korna, Slipknota czy Linkin Park. To z kolei budowało przekonanie, że wystarczy prosty, skoczny riff w obniżonym stroju, rapowana zwrotka i śpiewany refren z darciem mordy i nu metalowy hicior gotowy (teraz pora na CS-a). W ten sposób gatunek, który miał być ucieczką od konwencjonalności, sam stał się przewidywalny i przestał się rozwijać. Nie pomogło to w przekonaniu sceptyków, zwłaszcza tych szukających w muzyce większych walorów artystycznych.
Każde imperium musi kiedyś upaść
Każda moda kiedyś mija i przetrwają tylko najwięksi. Tak było i tym razem. Po minięciu fali ostały się jedynie kapele, które miały swój wypracowany styl i potrafiły się obronić artystycznie. Reszta, nie mogąc funkcjonować bez medialnej otoczki, musiała zwinąć interes. Za rogiem czaiła się już nowa fala indie rocka w stylu The Strokes, na tych bardziej emocjonalnych czekało My Chemical Romance, a w ciężkich brzmieniach nu metal zaczął ustępować rosnącemu w siłę metalcore’owi spod znaku Killswitch Engage czy Bullet For My Valentine. Po wielkiej burzy z przełomu wieków została mżawka i od drugiej połowy lat 2000 można było mówić o zejściu nu metalu do podziemia.

Moda to cykle
Cała dekada lat 2010 to okres posuchy, w którym nu metal wpadł w pułapkę czasu. Z jednej strony — minęło go wystarczająco dużo, by pogodzić się z tym, że nie jest już najbardziej “cool” zjawiskiem w popkulturze. Z drugiej — za mało, by spojrzeć na niego z dystansem, z perspektywy historii. Każda moda ma to do siebie, że potrafi cyklicznie powracać w nowej formie, a suchy okres pomiędzy to czas szydery i “kręcenia beczki”.
Trudno uwierzyć, że jeszcze dwie dekady temu syntezatorowe brzmienie lat 80. uchodziło za tandetne, a chwilę później odmieniło oblicze popu. Dziś z kolei śmiejemy się z estetyki indie folku z czasów Mumford & Sons, co pięknie zilustrował internetowy artysta Kyle Gordon w kawałku “We will never die”. Każda moda w pewnym momencie staje się obiektem drwin — tylko po to, by potem znów wrócić na salony.

Dystans i zmiana narracji
W przypadku nu metalu czas zadziałał na jego korzyść, pozwalając złapać dystans dawnym przeciwnikom. Nagle okazało się, że w sumie wiele z tych kapel grało całkiem ciekawie, że pierwsze płyty Korna były rewolucyjne, a Linkin Park to właściwie miło dziś posłuchać.Współczesny słuchacz się zmienił. Subkultury praktycznie zniknęły, a eklektyzm stał się zaletą. Dziś fan muzyki może lubić co chce, bez tłumaczenia się żadnym “guilty pleasure”. To poluzowanie pomogło nu metalowi, bo wielu osobom w głębi serca się po prostu podobał. Lub przynajmniej przestał im tak przeszkadzać.
Dystansu nabrali też sami muzycy. Ci, którzy kiedyś odżegnywali się od nu metalu, dziś chętnie nazywają swoje trasy w stylu “Nu Metal Revival” itp. Fred Durst przez lata walczył o poważne traktowanie, ale dopiero gdy dał sobie z tym spokój i zaczął przebierać się za “nu metalowego kowboja”, kariera Zmiękłego Biszkopta znów nabrała wiatru w żagle.
Rolki gamechangerem?
Spuścizna nu metalowej stylistyki okazała się większa, niż się spodziewano. Poza sceną rapową w stylu Ghostemane’a czy City Morgue można ją dostrzec nawet u Billie Eilish, która w “bad guy” pomyka rowerkiem po przedmieściach jak żywcem wyjęta z okładki albumu Korna.
Totalnym gamechangerem okazał się rozwój technologii — zwłaszcza formatów wideo i rolek. To właśnie one dały wielu kapelom drugie życie: czy to Mudvayne (“brr brr deng”), czy będącego blisko nu metalowego splendoru Creed, których powroty poprzedziło wzmożone wykorzystanie ich utworów w reelsach czy TikTokach. Nu metal, dzięki swojej ekspresji i przerysowaniu, idealnie wpasował się w estetykę internetowego post-humoru — zarówno wizualnie, jak i dźwiękowo.
Dzięki temu nu metal nie musi być odgrzewanym przez starszą gwardię kotletem, tylko może zyskać nowych młodszych fanów, którzy często są zagubieni, smutni i przebodźcowani. Dla kogoś takiego może być łatwiej utożsamić się z Deftonesami niż przykładowo z Imagine Dragons.
Nieoceniona siła nostalgii
Paradoksalnie, im bardziej technologia pędzi, tym mocniej tęsknimy za przeszłością. Nostalgia wypełniła dużą część współczesnej popkultury czy to kolejnymi filmowymi reebotami klasyków czy ostatnią akcją McDonalds’a z powrotem klasyków z lat 2000. Estetyka Y2K, której nu metal był ważną częścią, wraca dziś drzwiami i oknami. Starsze pokolenie odświeżyło swoje playlisty z Winampa i przypomniało sobie czasy, gdy świat był prostszy, a telefon służył głównie do dzwonienia.
Tamten świat był jednym z ostatnich momentów, w którym technologia mogła być wyborem, ułatwieniem, rozrywką aniżeli wymogiem w egzystencji. Nu metalowe hity były jednym z soundtracków tamtej rzeczywistości i najzwyczajniej wiele osób czuje do tych brzmień sentyment.
.
Poprzedni artykuł
Następny artykuł








