Jako obserwatorzy świata muzyki jesteśmy przyzwyczajeni do ewolucji. Artyści się zmieniają, dojrzewają, a my często patrzymy przychylnym okiem na tych, którzy nie chcą powielać jednego schematu. Czasem jednak ewolucja przeradza się w rewolucję. A te rzadko przechodzą bez echa. Taka zmiana może skończyć się różnie. Twórca może wyjść z niej zwycięsko i zmienić bieg historii, ale może też przegrać i stać się obiektem drwin. Bywa również tak, że wprawia odbiorców w konsternację i dzieli ich na dobre. W tym tekście przywołam kilka muzycznych rewolucji, które dla artystów kończyły się w różny sposób.
Metal
Kerry King w maju wydał swój debiutancki, solowy album studyjny. "From Hell I Rise" to zarówno powiew świeżości, jak i powrót do korzeni. Muzyk w rozmowie z Metal Hammer przyznał, że traktuje swój nowy projekt jako "rozszerzenie" Slayera. Nic dziwnego, w końcu taki staż w zespole robi swoje. Tym samym dał do zrozumienia, że najświeższe wydawnictwo jest kontynuacją "Repentless" z 2015 roku. Czy słusznie?
Metallica może pochwalić występami na wszystkich kontynentach, co jest niemałym osiągnięciem. Skoro Ziemia została podbita, to może czas na… gry wideo? Jeśli nie macie planów na nadchodzący weekend, to wciągnijcie się w koncert zespołu, który odbędzie się w Fortnite!
Czyżby we wszystkich trzech dniach razem wziętych wystąpiło mało gwiazd? Skądże. Śmiem twierdzić, że Mystic Festival jest jednym z najbardziej upstrzonych (w pozytywnym sensie) gwiazdami imprez. Naprawdę, zobaczyć i usłyszeć tyle wielkich nazwisk w tak krótkim czasie, to uczta. Kropka.
Wszystko wskazuje na to, że drugi regularny (jeśli trzymać się kronikarskiej dokładności trzeci) dzień Mystic Festival był jego kulminacją. Gwiazdorski line-up i rozsadzająca stocznię energia – to najbardziej zwięzły skrót tego, co się tam działo.
Mystic Festival rozhulał się na dobre. Można złapać na nim zadyszkę, ale to dobrze. Bo przemieszczając się od jednej sceny do drugiej, trzeba chłonąć tyle ile się da.
Mystic Festival zwodowany. Dosłownie. Bo nie dość, że rozgrywa się w stoczni, to otwierający, "warm up day", płynął w strugach deszczu. Pogoda spłatała tak dużego figla, że chwilowo nawet zabrakło prądu. Losowe przeciwności nie przeszkodziły w porządnej rozgrzewce.












