W nowym odcinku Sceny Głównej Krzysztof Szyc i Jakub Wojakowicz opowiedzieli jak ich okiem wyglądał rok 2025 w muzyce.
Po 20 latach nieobecności w naszym kraju, do Warszawy zawita zespół Maxïmo Park w ramach jubileuszowej trasy ich debiutanckiego "A Certain Trigger". Z tej okazji porozmawialiśmy z wokalistą zespołu – Paulem Smithem.
26.01.2026
Jakub Wojakowicz
Artykuł może zawierać autopromocję eBilet.pl
Jakub Wojakowicz: Zacznijmy od pytania na rozgrzewkę, bo pewnie wiele osób już o to pytało. Wasz wielki hit “Apply Some Pressure”, jeśli chodzi o tekst, jest właściwie jednym wielkim zastanawianiem się. Czy kiedykolwiek myślałeś o tym, jak potoczyłoby się twoje życie, gdyby dziewczyna Toma nie usłyszała cię pewnego dnia śpiewającego w barze?
Paul Smith: Tak, zastanawiam się nad tym. I nie dochodzę do zbyt dobrych odpowiedzi (śmiech). W tamtym czasie pracowałem w call center, więc to był jeden z powodów, dla których powiedziałem “tak”, gdy dostałem propozycję śpiewania w zespole. Po ukończeniu studiów magisterskich jak najdłużej odkładałem podjęcie “normalnej” pracy. Grałem już w innym zespole, instrumentalnym i to była muzyka, którą naprawdę kochałem. Kiedy Tom zaproponował mi dołączenie do zespołu, pomyślałem: “To trochę dziwne”, ale jednocześnie moja praca była beznadziejna, nie miałem nic ciekawego do roboty wieczorami poza graniem z tamtym zespołem, więc stwierdziłem: “Dobra, spróbuję”. Kilka miesięcy później dostałem pracę nauczyciela sztuki na pół etatu, więc odszedłem z call center. Ta praca też nie była idealna, ale miała swoje plusy. Pozwalała mi robić muzykę z Duncanem i Tomem, którzy również pracowali dorywczo. Kiedy myślę o tym, jak mogła wyglądać moja przyszłość, obstawiam że pewnie wróciłbym na uczelnię i myślał o swoim życiu: “Może mogłem zrobić więcej…”. Ale bardzo się cieszę, że tak się nie stało, bo to też była ciężka praca. I chociaż teraz w Maxïmo Park pracuję naprawdę ciężko, robię to z miłości do muzyki. To dziwne, bo 20 lat później wszystko wydaje się bardzo nieprawdopodobne. Na studiach myślałem, że może będę pisał o sztuce – studiowałem historię sztuki, uwielbiałem malarstwo i rysunek. Chciałem też pisać o muzyce, bo byłem nią kompletnie zafascynowany. Pisałem recenzje płyt do studenckiej gazety. Ale nie byłem wtedy zbyt pewny siebie, a myślę, że do osiągnięcia sukcesu w życiu potrzeba dodatkowej dawki pewności siebie. Bycie w zespole zdecydowanie mnie jej nauczyło.
Kto wie, może w tamtej rzeczywistości to ty byłbyś na moim miejscu i przeprowadzał wywiady ze świetnymi muzykami. Wasz debiutancki album “A Certain Trigger” okazał się waszym największym sukcesem komercyjnym. Jak patrzysz na niego z perspektywy czasu? Uważasz go za waszą najlepszą płytę czy raczej traktujesz ją w kategoriach nostalgii?
Gramy całkiem sporo utworów z tej płyty na wszystkich koncertach, więc w pewnym sensie ona nigdy nas nie opuściła. W pewnym sensie definiuje to tacy jesteśmy. Ale jednocześnie pokazuje nam, że musimy się rozwijać i zmieniać. Taki mocny debiut sprawia, że możesz spojrzeć wstecz i powiedzieć sobie jasno: “Tego już nie róbmy, spróbujmy czegoś innego”. Na przykład “Apply Some Pressure” – do końca nie wiadomo, gdzie dokładnie jest refren. Może to jest ten fragment na końcu, może ten z tekstem “what’s my view”, ja sam do końca nie wiem. Próbowaliśmy czasem pisać dwa albo trzy różne refreny do jednej piosenki, ostatecznie wykorzystując więcej niż jeden. I patrząc na to dziś, myślę: okej, to może być coś typowego dla Maxïmo Park – nie wiesz, gdzie jest refren, dopóki piosenka się nie skończy. Trzymasz ludzi w niepewności, utrzymujesz ich zainteresowanie. Jeśli chodzi o spostrzeżenia dotyczące “A Certain Trigger”, czuję, że mój śpiew nie był wtedy jeszcze tak dobry, jak mógłby być. Ale był prawdziwy, tak wtedy śpiewałem. Po nagraniu płyty zagraliśmy jakieś 150 koncertów i mój głos bardzo się zmienił przy drugim albumie. Wtedy poczułem: “Okej, to brzmi jak ja”. Nie odrzucam jednak debiutu, bo jeśli traktować album jako dokument swoich czasów, to on jest w tym sensie idealny. Jest szczery. Paul Smith z wtedy to ktoś, kto dopiero oswaja się ze śpiewaniem, z wyrażaniem siebie słowami. Ale sama muzyka wciąż jest bardzo mocna.

Myślę, że pomogło nam też to, że byliśmy zespołem z północno-wschodniej Anglii. Rozwijaliśmy się na własnych zasadach. Mieliśmy gotowy materiał na całą płytę, zanim weszliśmy do studia. Czasem słychać, gdy zespoły nie są jeszcze gotowe – mają kilka dobrych piosenek, ale cały czas uczą się bycia zespołem. My nauczyliśmy się tego wcześniej. Nie chciałem grać koncertów, dopóki nie byliśmy naprawdę dobrzy. Dlatego ten album jest dla mnie bardzo ważny. To w końcu pierwsze wrażenie, jakie robisz na świecie. Ale jednocześnie traktuję go jako jedną z ośmiu płyt, które nagraliśmy. Jestem z nich wszystkich dumny. Każda ma inny klimat, inne znaczenie. Zawsze starałem się, żeby nasze płyty były czymś więcej niż tylko kolejnym kawałkiem plastiku czy plikiem do pobrania. Muszą być wyjątkowe. Mieliśmy też szczęście – w Wielkiej Brytanii grano nas w radiu i w MTV, częściowo dzięki temu, jakie inne zespoły działały wtedy na scenie. Byliśmy częścią pewnego momentu w czasie. I gdyby to nasza trzecia albo piąta płyta trafiła w ten moment w czasie, to jestem przekonany, że to ona byłaby tą “najważniejszą”. Ale tak to działa. Byliśmy młodzi, pisaliśmy muzykę o naszym życiu. I to trafiało do ludzi, którzy mieli czas, żeby jej słuchać. Ja też wiele moich ulubionych płyt poznałem na studiach. Miałem czas, energię, chodziłem po mieście ze słuchawkami. Rozumiem więc, dlaczego ludzie tak mocno wiążą się z tą płytą. Pojawiła się w ich życiu w konkretnym momencie. A fakt, że wciąż przychodzą na koncerty młodzi ludzie, którzy czują tę energię, jest dla mnie niesamowity. “A Certain Trigger” ustawiło nam poprzeczkę. I to wcale nie jest zła rzecz.
Właśnie dlatego zapytałem o twoje spojrzenie na “A Certain Trigger”. Wielu artystów mówi, że nawet jeśli pierwszy album był najbardziej popularny, to później byli lepsi, tylko nie było już tego “kliknięcia” z publicznością. Zastanawiałem się czy czasem w efekcie nie męczy cię granie starych utworów, ale gdy cię tak słucham, mam wrażenie, że raczej nie.
Nie, to znaczy… od czasu do czasu mówimy sobie: “dobra, nie będziemy teraz grać tej piosenki”. Dajemy jej odpocząć, czasem na kilka lat, aż znowu zacznie sprawiać frajdę. Na przykład “Graffiti” – długo jej nie graliśmy, wróciła parę lat temu, znowu sprawiała radość i znów daliśmy jej przerwę. Na tej trasie na pewno ją zagramy, miała już wystarczająco długi odpoczynek. Trzeba dbać o piosenki, też dla samego siebie. Chodzi o to, żeby zachować ich energię. I nie mam na myśli grania szybciej czy głośniej. Każda piosenka ma inną energię. “Acrobat” to zupełnie coś innego niż “Apply Some Pressure”, choć znajdują się na jednej płycie. Trzeba się wczuć w klimat i atmosferę każdego utworu. Granie koncertów to też jest dobre wyzwanie. Czasem, tuż przed wyjściem na scenę, stoję z boku i myślę: “Jak dziś będzie?”. Jestem zmęczony fizycznie, zmęczony psychicznie. Ale wiem, że gdy tylko wyjdę na scenę, nawet jeśli przede mną byłaby jedna osoba, dam z siebie wszystko. I może to coś mówi o mnie, o jakiejś potrzebie wewnętrznej. Ale myślę, że to po prostu ludzka potrzeba kontaktu. Potrzeba powiedzenia: “Tak się czuję. A ty? Też tak kiedyś miałeś?”. Poza tym, jeśli ktoś zapłacił za bilet… ja pochodzę z robotniczej rodziny. Chcę ciężko pracować. Chcę, żeby ludzie dostali wartość za swoje pieniądze. Jest we mnie coś takiego, że mówię sobie w duchu: “dziś dostaniecie wszystko, co mam”. A potem ja pójdę spać szczęśliwy i mam nadzieję, że wy też. Oczywiście, to ludzkie, że czasem jesteś zmęczony i myślisz: “Graliśmy to już tyle razy”. Ale jest coś w naszych koncertach – ta iskra, to napięcie, które idzie od publiczności. I to jest natura naszej muzyki.
W pewnym sensie mam wrażenie, że granie tych koncertów utrzymuje mnie przy życiu. Ekscytuje mnie myśl, że kiedy gramy w Warszawie, dla kogoś to może być pierwszy raz, kiedy słyszy “Apply Some Pressure” na żywo. Takie okoliczności to jest jedna z fajnych rzeczy w wracaniu do starszego materiału – nagle myślisz: “Okej, to naprawdę dobra piosenka, zagrajmy ją”. Nie chcę zabrzmieć arogancko, ale czuję, że od samego początku pisaliśmy naprawdę dobre piosenki. Dzięki temu łatwo mi je grać, bo w nie wierzę. One są jednocześnie zakorzenione w swoim czasie i ponadczasowe. I to było naszym celem od samego początku. Nawet przy pierwszej płycie mówiłem: “Chcę zrobić ponadczasowy debiut”, co oczywiście jest absurdalne. To jak powiedzieć: “Chcę być najlepszym zespołem na świecie”. Ale musisz mieć w sobie choć odrobinę tej wiary, bo inaczej to, co robisz, będzie letnie, połowiczne. I to jest piękne w byciu w zespole – każdy koncert jest czymś wyjątkowym. Nie gramy tras bez przerwy, to są intensywne okresy. Przygotowuję się do nich psychicznie i fizycznie, żeby na scenie mogło dojść do tej eksplozji energii. Bycie w trasie ma też w sobie coś romantycznego – jak u poetów beat generation (beatnicy przyp. red.). Jasne, jest zmęczenie, niewygody, ale jest też bycie w drodze, nowe miejsca, powrót do ulubionego baru, sklepu z płytami, odkrywanie czegoś nowego, wyjazd za miasto. Trasa powinna być stymulująca, inspirująca. A piosenki i publiczność pomagają to wszystko unieść. Każdego wieczoru to jest inne, jedyne w swoim rodzaju doświadczenie.
Maxïmo Park
Słuchając cię, ma się wrażenie, że jesteś osobą bardzo wdzięczną za wszystko, co spotkało cię w trakcie kariery. A mówimy już o naprawdę długiej i całkiem dużej karierze. Jak myślisz, jaki jest przepis na granie razem przez 20 lat? Mnóstwo zespołów, nawet takich które osiągały pierwsze sukcesy, rozpadały się po roku, dwóch. Czy to, o czym mówiłeś – ta gotowość, odpowiedzialność – to jeden z kluczy do wytrwania razem tak długiej drogi?
Tak, na pewno. Bycie przygotowanym i po prostu staranie się. Zawsze dbaliśmy o to, żeby każdy koncert był wyjątkowy albo przynajmniej dobry. Ale myślę, że najważniejsza jest i tak miłość do muzyki. Naprawdę w nią wierzę. Wierzę w pop jako formę sztuki. Dla mnie to jest na tym samym poziomie co malarstwo czy muzyka klasyczna. Jeśli muzyka potrafi uderzyć cię tak, jak muzyka uderzała mnie i jeśli my faktycznie próbujemy uderzyć ludzi tą samą siłą, kiedy gramy albo piszemy piosenki, to znaczy, że robimy coś sensownego. Muzyka ma niesamowitą moc. Potrafi zmienić dzień. Słyszysz coś w radiu, na playliście i nagle wszystko wygląda inaczej. I ja tej wiary w moc muzyki nigdy nie straciłem. Myślę, że chłopaki też nie. Pomaga też to, że jesteśmy przyjaciółmi. I że robimy rzeczy wspólnie poza graniem zespole. To jest bardzo ważne. No i wolność w tworzeniu. Jeśli mam ochotę nagrać folkową płytę, tak jak zrobiłem to parę lat temu z Rachel (Rachel Unthank przyp. red.), to po prostu to robię, o ile czuję, że to jest wystarczająco dobre. Jeśli nie, to mogę to robić “w garażu” (śmiech). Nie mam garażu, ale rozumiesz, o co chodzi. Lubię zbyt wiele różnych rodzajów muzyki, żeby się ograniczać. To samo dotyczy reszty zespołu, oni też robili różne rzeczy muzycznie obok gry w Maxïmo Park. Ostatecznie chodzi o ekspresję. I czujemy, że w zespole możemy się wyrażać. To przyszło z czasem, nie będę udawał, że od razu było idealnie. Byliśmy młodymi facetami, każdy z własnymi pomysłami, często ciągnęliśmy w różne strony. Ale to też tworzyło pewne napięcie, które było dobre dla muzyki. Z biegiem lat, po dwóch-trzech płytach, zaczęliśmy lepiej się rozumieć jako ludzie. Spędziliśmy razem mnóstwo czasu – w hotelach, w autobusach, w trasie. Doświadczyliśmy wspólnie bardzo różnych rzeczy, stylów życia, krajów: Japonia, Meksyk, Stany, Europa, Australia. I to w dobrym scenariuszu tworzy więź. Ta więź pozwala ci przetrwać momenty, kiedy coś idzie nie tak, kiedy zastanawiasz się np. “Dlaczego ten koncert się nie wyprzedał?”. Muzyka cię niesie. I tak było od początku, nawet wtedy, gdy graliśmy dla dziesięciu czy dwunastu osób w pubie. Wychodziłem na scenę z myślą: “Ci ludzie dostaną najlepszy koncert w swoim życiu”. I jakkolwiek to brzmi dziś absurdalnie, ja wciąż tak myślę.

Wiesz, powiem coś, nie wiem, czy powinienem, ale… wiele zespołów z czasem staje się gorszych. Jako fan muzyki to widzę. Kupujesz płytę artysty, którego kochasz i brzmi, jakby skończyły im się pomysły albo byli zmęczeni. I ja naprawdę nie chcę, żeby mnie to spotkało. Oczywiście, w pewnym sensie nie masz nad tym pełnej kontroli. Jestem pewien, że oni też chcieli zrobić dobre płyty. I ja też próbuję robić świetną muzykę teraz i zawsze, bo naprawdę kocham muzykę. I to też jest bardzo “Maxïmo Park rzeczą”. Jest w tej naszej muzyce coś instynktownego, energetycznego, ale też refleksyjnego. Jest w niej coś intelektualnego i coś bardzo głupiego – bo pop bywa głupi. I cały czas chodzi o balans. Myślę, że właśnie to pozwoliło nam przetrwać tyle lat i nadal się lubić. Możemy przez kilka miesięcy prawie się nie widzieć, a potem wejść do sali prób i mieć wrażenie, że w ogóle nie było przerwy. Jesteśmy różnymi ludźmi i zawsze byliśmy, ale łączą nas bardzo silne więzi.
Wspomniałeś o różnicach w zespole i tym, że nie było idealnie szczególnie na początku. Mieliście okazję wrócić do tamtych czasów poprzez materiały archiwalne podczas przygotowywania specjalnego, rocznicowego wydania “A Certain Trigger. “Jakie to uczucie oglądać te materiały?
Cóż… czasem patrzysz na siebie i po prostu jest ci wstyd (śmiech). To trochę jak wtedy, gdy w wieku dwudziestu kilku lat oglądałem swoje zdjęcia z czasów nastoletnich. Z czasem zaczynasz sobie wybaczać. Teraz patrzę na siebie z tamtego okresu i myślę: “Robiłeś, co mogłeś. Dobra robota”. I czuję wobec siebie pewną czułość. Podobnie mam z moim rodzinnym miastem. Wracam tam i coraz bardziej doceniam to, że dorastałem w dość spokojnym miejscu. Wtedy chciałem czegoś innego, ale dziś widzę, że ta stabilność była ważna. Wracając do tamtych czasów – byliśmy głupi, ale byliśmy dobrym zespołem. I to jest coś, co naprawdę czuję. Zrobiliśmy też wiele mądrych rzeczy. Nie podpisaliśmy kontraktu z dużą wytwórnią, tylko z Warp – jedną z najlepszych niezależnych wytwórni. Dali nam pełną wolność. Mieliśmy kontrolę. Wielu zespołów tego nie ma i kończy się to tym, że po dwóch płytach zostają wyrzuceni. Ale najważniejsza jest praca. Może to brzmi nudno, ale płyta jako całość – okładka, czcionka, muzyka – to wszystko było przemyślane. Muzyka jest oczywiście najważniejsza, ale wierzę też w całą otoczkę. I patrząc na to dziś, mogę powiedzieć: w większości przypadków zrobiliśmy właściwie. Nienawidzę natomiast większości naszych teledysków (śmiech). Ale czasem nie da się wszystkiego kontrolować, powierzasz coś innym ludziom. Ja tak naprawdę chcę, żeby ludzie patrzyli na mnie tylko wtedy, gdy stoję na scenie. Ale bycie frontmanem oznacza też bycie twarzą zespołu. To ciekawe doświadczenie – patrzeć na to, kim byłeś wtedy, i doceniać wszystko, co wydarzyło się po drodze. Nie powiem, że jestem mądry, ale na pewno jestem mądrzejszy niż byłem (śmiech).
To bardzo ważne, żeby mieć świadomość własnej mądrości i tego, na jakim jest się etapie. Ostatni raz graliście w Polsce w 2006 roku, krótko po wydaniu “A Certain Trigger”. Czy pamiętasz coś z tamtego koncertu?
Tak. Graliśmy wtedy z Daft Punk. Znaczy… nie wiedzieliśmy za bardzo, w co się pakujemy, ale pamiętam, że to był chyba tor wyścigowy. Może były tam wyścigi konne?
Tak, w Warszawie jest takie miejsce.
No właśnie. Po koncercie poszliśmy gdzieś do takiego drewnianego miejsca, to był chyba jakiś duży, okrągły kompleks z drewna i piliśmy tam alkohol. Ale prawda jest taka, że przylecieliśmy praktycznie tylko na sam koncert. Albo raczej dotarliśmy tuż przed nim. To była sytuacja festiwalowa. My byliśmy na jednym końcu tego terenu, a Daft Punk na drugim. Ludzie biegali tam i z powrotem. Także tak naprawdę nigdy nie byliśmy w samej Warszawie. I to jest ekscytujące. Oczywiście wszystko zależy od tego, o której dojedziemy – jeśli będą korki, może skończy się tak samo jak wtedy – ale mam nadzieję, że uda się pójść do sklepu z płytami. Jestem też fanem polskiej szkoły plakatu…
W Warszawie jest nawet muzeum plakatu.
Właśnie. Zawsze staram się to robić – pójść do muzeum w mieście, w którym jestem. Czasem miejsca koncertowe są za daleko od centrum i się nie da, ale to jest coś, co naprawdę próbuję robić. Być tak bardzo turystą, jak tylko się da. Zobaczyć jak najwięcej przed próbą dźwięku.
Czyli możemy powiedzieć, że to będzie wasz pierwszy “prawdziwy” koncert w Polsce?
Tak. To będzie prawdziwy koncert klubowy. Jak mówiłem, samego koncertu z 2006 roku właściwie nie pamiętam. To było na zewnątrz, ludzie tak naprawdę nie wiedzieli jeszcze, kim jesteśmy. Tym razem będzie zupełnie inaczej.
Poprzedni artykuł
Następny artykuł








