Włączasz stary album, a potem coś wydanego współcześnie. Niby jedno i drugie to muzyka. Niby masz te same słuchawki. Sama piosenka może mieć wokal, gitarę, perkusję, bas i wszystko, czego potrzebujesz do szczęścia. A jednak brzmi inaczej. Nowe nagranie jest jakieś takie… płaskie. Stary utwór może mieć momenty wyraźnie cichsze i głośniejsze. Za częścią tych różnic stoi zjawisko, które w świecie produkcji muzycznej nazywa się loudness war, czyli wojną głośności. I chociaż nazwa brzmi trochę tak, jakby realizatorzy dźwięku spotykali się nocą na parkingu i licytowali: “A ja zrobię jeszcze głośniej!”, chodzi o coś innego – o sposób, w jaki muzyka jest nagrywana, miksowana i przede wszystkim masterowana. I tu pojawia się ważne pytanie: skoro muzyka jest coraz głośniejsza, to czy przy okazji nie niszczy nam uszu? Sprawdźmy to!
Wielcy producenci
Producent muzyczny przez lata pozostawał jedną z najbardziej niedocenianych postaci w procesie powstawania płyty. Często niewidoczny dla słuchacza, stojący gdzieś pomiędzy artystą a techniczną stroną nagrania, miał przede wszystkim pomóc przełożyć muzyczny pomysł na gotowy album. Z czasem jego rola ewoluowała i także współcześnie zaczyna być trudna do określenia ze względu na to, jak przez lata różni producenci do niej podchodzili.







